17 lutego 2016

63.

Cześć!

Pragnę was wszystkich zaprosić na OSTATNI rozdział naszej historii. Dziękuję za prawie 3 lata bycia tutaj, czytania i komentowania. Jesteście niesamowici! Dzięki wam uwierzyłam w siebie, byliście i nadal jesteście dla mnie ogromną siłą i motywacją do działania, nikt jak wy tak mocno mnie nie wspierał i we mnie nie wierzył! Kocham was moi drodzy czytelnicy <3 
Na chwilę obecną jest 29 838 wyświetleń, byłabym wdzięczna, gdyby do końca tygodnia było równe 30 000 wtedy wstawię wam epilog i oficjalnie zamknę bloga :) 
Nie wiem jak wam jeszcze dziękować, to dzięki wam aż tyle tych rozdziałów tu powstało chociaż planowane było tylko 30 :D 
No to co.. zapraszam do czytania i komentowania :) 
Kocham was! 

Syl xx
                                                                                                                  

- Witam wszystkich. Dziękuję za tak liczne przybycie i zaangażowanie. Ostatni miesiąc był dla was, dla nas, bardzo trudny. Nigdy nie byliśmy tak poruszeni i smutni a jednocześnie tak bardzo silni i gotowi. W obecnej chwili nikt nie jest w stanie nam przeszkodzić, pokonać nas czy podejść. Jesteśmy zbyt pewni siebie i zbyt pewni sukcesu naszej misji. Nie po to spędziliśmy ponad miesiąc by teraz przegrać - z każdym kolejnym zdaniem mój głos był silniejszy i niósł mocniejszy przekaz - Dziękuję, że nie poddaliście się mimo trudności i wciaż jesteście. Na laptopie każdego z was znajdują się szczegółowe instrukcje. Od teraz wiecie dokładnie co macie robić. Wasza misja właśnie się zaczyna i liczę, że wszystko się powiedzie. Ruszajcie.
Od kiedy Zielenko wypowiedziała wojnę nie przespałam ani jednej nocy. Co noc obmyślałam plan, robiłam korektę a potem wyrzucałam wszystko do śmieci. Chodziłam poddenerwowana, nie rozmawiałam z nikim, zamknęłam się na świat a wszystko po to by pomścić Szefa. 
Harry.. nie mam z nim kontaktu od.. właściwie nie wiem. Boli mnie serce, wiem, że on bardzo cierpi jednak nie mogę być teraz przy nim, z nim.. nie teraz kiedy wiem, że to już finisz i moja misja za chwile ze statusu "Zero" wejdzie na "Wykonana". Kocham go. Za wszystko. Ale nie potrafię z nim być, nie dałabym rady. Ranię go, dobrze o tym wiem, ale działam w myśl zasady "Jeśli coś kochasz puść to wolno. Kiedy wróci znaczy, że było Twoje a jeśli nie to nigdy nie było i czas odpuścić". No cóż, bynajmniej tak się pocieszam i to moje jedyne usprawiedliwienie na podłe zachowanie.
Najgorsza w tej misji jest samotność i mój plan Z - jak to go określiłam na samym początku gdy planowałam zemste. Kiedy powstawał zarys nie wiedziałam o rzekomej śmierci Szefa, dlatego wtedy był taki..subtelny. Teraz jest bardziej złożony, skomplikowany i ostateczny. Czas na wojnę na śmierć i życie. Sama tego chciała a ze mną się nie zadziera. 
Tego dnia nie spałam, od dawna nie czułam się tak zdeterminowana i jednocześnie zła, samotna, ważna.. Dokładnie dzisiaj postanowiłam postawić na jedną kartę. O 4.34 usiadłam do biurka i napisałam na kartce plan ostatniej misji.
Punkt 1. Powiadomić oddział o dacie ataku na bazę Zielenko.
Podałabym lokalizację, ale nie wiem, kto to czyta, oszczędzę szczegółów dla bezpieczeństwa wszystkich.
Punkt 2. Ustalić szyfry, kody oraz sprecyzować ile osób będzie brało udział + wtajemniczyć Radę Międzynarodowej Organizacji Szpiegowskiej.
Punkt 3. Uzbroić oddział Alfa, Beta, Gamma, Delta, Omega oraz mój prywatny aresnał także musi być gotowy.
Punkt 4. Zjeść deser czekoladowy z truksawkami i polewą. 
Ostatecznie wykreśliłam punkt 4 i zrobiłam to jako gwiazdkę - czyli dodatek.
Punkt 5. Wyruszyć na misję i pomścić Szefa w samo południe.
Gdy jechałam do agencji była 7:58 dnia 13 lutego 2014. Pogoda na zewnątrz to jakieś -10' ale odczuwalna to jakieś -5' . Ubrałam się odpowiednio do dzisiejszej misji i warunków, czyli na biało, włosy w kitkę jednak pozwoliłam sobie na ostrzejszy makijaż i wysokie buty. Miałam lekki sen, nie wiem jakim cudem udało mi się wyspać i podświadomie czułam, że to będzie dobry dzień. Zajechałam na miejsce przed 8:30, zaparkowałam auto na swoim miejscu, wsiadłam do windy i jadę. Drzwi windy rozsuwają się i moim oczom ukazuje się puste i zupełnie ciche piętro, dziwne jak na piątek oraz tę porę dnia. No ale wiadomo czemu tak jest. Dzisiaj każdy oprócz moich ekip dostał przymusowe wolne. Ba! Nawet 3 dni. A co tam, niech odpoczną wreszcie. Chwilę stałam na korytarzu aż w końcu wzięłam głęboki oddech i ruszyłam do Centrum Operacyjnego. Wchodzę a tam 50 par oczu patrzy na mnie z wyczekiwaniem i podnieceniem. Jesteśmy pewni sukcesu tej misji, zjednoczeni i gotowi by pomścić każdego kto stracił życie. Stoiy tu i wiemy po co to wszystko. Bo wszystko ma swój cel, każdy po coś się rodzi i nic nie dzieje się bez powodu. My jesteśmy rodziną, ufamy sobie i walczymy w imieniu dobra byśmy mogli czuć się bezpiecznie. Idę w stronę podestu, każdy się odsuwa i z szacunku do mnie kiwa głową posyłając przy tym lekki uśmiech. Jestem we właściwym miejscu, tu należę, i nie pozwolę tym ludziom cierpieć.
- Witam was w tym szczegółnym dniu - zaczęłam mocnym,pewnym głosem- Mam nadzieję, że się wyspaliści i zjedliście śniadanie, bo potrzebujecie dzisiaj dużo siły - padły pojedyncze śmiechy - Szefowie każdego oddziału mają dokładne wytyczne, zapewne już wszystko wiecie, ale powtórzę najważniejszą zasadę - "Nie oddalamy się od oddziału bez rozkazu i słuchamy tylko rozkazów dowódcy naszego oddziału". Dzisiaj nie słuchacie mnie, na misji moja osoba nie istnieje. Potraktujcie tę misję jako odrębną misję oddziału. Bierzcie jednak pod uwagę, że po raz pierwszy od dawna kilka jednostek bierze udział w tak szeroko zorganizowanej misji i nie wolno narażać innej jednostki na straty bądź wykrycie. Działamy jak maszyna, sprawna i naoliwiona. Jasne?
- Jasne Pani Kapitan! - odezwało się chórem całe pomieszczenie.
Zamilkłam. Patrzę na 50 osób, kobiety i mężczyzn, którzy stoją przede mną. Widzę odważnych ludzi gotowych pójść za mną w ogień. Uśmiecham się i już wiem, że dobrze robię. Czas na koniec odprawy.
- Moi drodzy, przed południem będzie po wszystkim i spokojnie wrócicie do domu, gdzie czekają na was rodziny i przyjaciele. Nie bójcie się, nie ma czego a wiecie, że strach to nasz największy wróg. Zielenko to zwykły pionek w grze zwanej życiem i musimy go wyeliminować. Działajcie rozważnie,zgodnie z instrukcjami a wszystko będzie dobrze. A teraz - klasnęłam i zatarłam ręcę- ruszać dupy do pojazdów i w drogę!
Salwy krzyków i śmiechów ciągnęły się aż na parking. Uśmiech towarzyszył nam aż do granicy lasu, który właśnie przekraczamy. Cisza jaka nastała trochę przeraża, jednak determinacja jaką każdy w sobie ma dodaje sił i adrenalina rośnie. 
Godzina "0" - czyli 10:00 - start misji, samochody zatrzymują się w wyznaczonych punktach i nasza przygoda się właśnie zaczyna.
******* Trevor ********
Całą drogę obserwowałem mój oddział. 9 osób siedzących ze mną w samochodzie miało zacięte miny, pewność aż biła z oczu i widziałem, że im zależy. Bali się, to wiadome, bo ja sam czułem się nieswojo, jednak nie mogłem tego okazać. Tuż przed wyjściem z pojazdu zwróciłem się do części oddziału.
- Wiecie po co tu jesteście? By walczyć! Nie poddajemy się i dokopiemy wrogowi. Nikomu nie pozwalamy uciec, to priorytet, żeby wyłapać każdego, jasne!? Nie dokonujemy egzekucji, oni otrzymają karę od Rady i będzie to dużo gorsze niż śmierć! A teraz dajcie mi powód do domu i ruszajcie!
Wysiadamy z samochodu, w naszym miejscu jest już cały oddział i czekamy na oddział Gamma by dał nam znak, że możemy ruszać w teren. Oni go sprawdzą, my wcześniej nie możemy nic zrobić. W miarę możliwości badamy nasz teren, czy nie ma pułapek, kamer, mikrofonów, satelit. Czegokolwiek.
Dostajemy potwierdzenie, że czysto i nikogo w pobliżu. Oddział Beta dzięki czujnikom ciepła i specjalnym noktowizorom bada budynek. Jednak coś jest nie tak. Czujemy tę dziwną atmosferę. Próbuję skontaktować się z Sylvią, głucha i niepokojąca cisza. 
- Oddział Alfa tu oddział Beta. Wykryliśmy jakąś dziwną częstotliwość i zakłócenia w obrębie kilometra. Budynek znajduje się 3 kilometry od naszego położenia. Nie możemy podejść bliżej, teren nie sprawdzony.
- Czekam na dalsze wiadomości - rzuciłem krótko do Arthura i skupiłem wzrok na budynku, który dobrze widać z naszego wzgórza. Mój oddział to najlepsi snajperzy w Anglii, nikt stąd nie ucieknie a oddział Delta dzięki nam będzie mieć łatwiejszą robotę. Niewykrywalne niemal nadajniki pozwolą schwytać każdego.
- Oddział Gamma tu oddział Beta. Gdzie nasz kapitan?
- Nie ma na radarze. Nikt jej nie widział.
- Mamy się martwić? - dobrze wiedziałem, że tak..
- Nie ma o co, ona sobie da radę.
Niewątpliwie ma rację, ale ja i tak mam najgorsze przeczucia. Kristof miał ją pilnować, jednak jako dowódca Gammy niewiele jest w stanie zrobić, jeśli jej nie widzi.
Po około godzinie dostajemy wiadomość, że teren jest zaminowany, obejście każdej blokady zajmie maksymalnie godzinę, czekamy więc aż oddział Beta się tym zajmie. Nadal zero wieści od Sylvii i coraz bardziej się martwię. Ta dziewczyna ma jakiś plan i obawiam się, że nic dobrego z tego nie wyjdzie.
***** Sylvia *****
Na miejsce jechałam sama, szóstą trasą ustaloną tylko dla mnie by nikt nie był w stanie mnie wytropić. Zagłuszyłam sygnał, ale obstawiam, że i tak w pobliżu budynku zniknie całkowicie. Zaparkowałam przy drodze, ukryłam samochód i bigiem ruszyłam na północ w kierunku opuszczonego magazynu. Ta szmata tam się ukrywa z całą swoją bandą i naszym Szefem. Na samą myśl o niej wrze mi krew, dudni w uszach i tętno przyspiesza. Biegnę szybciej i przed godziną 11 docieram na brzeg osuszonego stawu. Stąd mam ostatnie 2 kilometry i widzę już budynek. Z kieszonki wyciągam lornetkę i obserwuję teren. Pusto. Przybliżam obraz tak, że zaczyna się już rozmywać i wtedy dostrzegam to, co mnie zaniepokoiło. Cały budynek jest w ładunkach C4, zgaduję, że zdalne sterowanie a nie włącznik czasowy. Tym gorzej. Biorę kilka głębokich wdechów i skryta w gąszczu lasu i śniegu mknę w stronę kryjówki tej wiedźmy. Będąc w pobliżu nasłuchuję moich ludzi, jednak tak jak myślałam - sygnał zagłuszony. Nikogo też nie widzę i obstawiam, że jeszcze oczyszczają teren. Zauważyłam kilka odbezpieczonych min i idę tylko drogą, która zapewni mi bezszelestne wejście do budynku. 
Stoję już u drzwi, gdy widzę sygnał świetlny z odległości 1 kilometra. Trevor. Kiwnęłam głową i uniosłam dłoń w górę na znak "Dam sobie radę". Drzwi cicho i szybko ustąpiły. Wchodzę. Pomieszczenie w którym się znajduję jest nikle oświetlone, wokół jakby mgła. Nakładam specjalne gogle i idę przed siebie z moim ulubionym przyjacielem czyli Magnum 44 ,z nabojami usypiającymi, z tłumikiem. Tak na wszelki wypadek. Nigdzie nie ma drzwi tylko jakieś półprzezroczyste płachty, lekko hałasują lecz brzmi to bardziej jak ruch spowodowany wiatrem. Na lewo dostrzegam ruch i słyszę chrzęst broni, wypalam pierwsza i ktoś upada na ziemię. Czyli jeden już śpi, ciekawe ilu ich tu jeszcze jest. 
Przełykam cicho ślinę aż docieram do ogromnej sali, przypomina główne miejsce w halach produkcyjnych, gdzie ustawione są taśmy. Panuje prawie całkowity mrok aż nagle oślepia mnie, zamykam oczy i klękam na ziemi. Jest mokra, lepka i śmierdzi. Nafta. Słyszę huk i już wiem, że to pomieszczenie musi być na kształt bunkru. Za mną, jakieś 100 metrów, pojawia się żelazna ściana, reszta potencjalnych wyjść także została przysłonięta. Światło powoli staje się bardziej znośne i wtedy go widzę. Na sznurze wisi Szef. Jest cały nagi, we krwi, ranach i bez palców. Jest oddalony ode mnie o jakieś 150-200 metrów. Zastygam w miejscu. Dalsza część pomieszczenia się rozjaśnia i wtedy zaciskam pięści. Ona. Stoi tak po prostu i patrzy na mnie. Zaczynam iść w jej stronę lecz wtedy pada pierwszy strzał, nawet nie wiem skąd i upadam na lewe kolano. Kurwa, ma tu snajperów. Nasłuchuję i szumy w mojej słuchawce mówią mi, że prawie Oddział Gamma przedarł się przez ich system zagłuszający. Budynek powinien być już otoczony, zapewne zgarnęli już trochę jej ludzi.
- Kogo my tu mamy - cudowną ciszę przerywa jej głos.
- Wpadłam z wizytą. Bez czekoladek niestety - warknęłam- Nie jesteś zbyt gościnna.
- A Ty zbyt miła. Nieładnie traktujesz moich przyjaciół. Ale zmieńmy temat, porozmawiajmy trochę. Wstań.
- Jak mi się zachce- splunęłam w jej stronę a wtedy dostałam kulkę w prawe ramię, tego też się nie spodziwałam i cicho krzyknęłam na co ta szmata się zaśmiała i stanęła w miejscu. Dźwignęłam się i wyprostowałam, broń schowałam w kaburę i ruszyłam w jej stronę z uniesionymi dłońmi.
- Masz rację, porozmawiajmy - mówiłam spokojnie i z każdym krokiem byłam bliżej niej i .. Szefa.
- Łatwo było? - zaczęła - Przyznaję, ciężko było nam się ukryć, ale ostatecznie i tak nas znalazłaś. 
- Dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych. Każdy robi kiedyś jakiś błąd - posłałam jej sztuczny uśmiech - Zapłacisz za to, co zrobiłaś Naszej Agencji!
- Czyżby!? Tak się składa, że własnie teraz połowa tej Twojej śmiesznej agencji właśnie jest w budynku i jego granicach a ja mam taki fajny pilot, który w ciągu sekundy sprawi, że znikną - zaśmiała się i teatralnym gestem pokazała, jakby to miało wyglądać.
- Nie ciesz się przed zachodem słońca - rzuciłam tylko, gdy w słuchawce usłyszałam głos Trevora.
- Oddziały wycofać się do lasu, uciekają w kierunku głównej drogi, znaleźć i pojmać! - krzyknęłam a wtedy Zielenko przycisnęła guzik na pilocie i zamarłam. Jednak nic nie nastąpiło. 
- Pewnie ci Twoi technicy zagłuszyli sygnał, ale to tylko chwilowe. I tak was wszystkich zniszczę! Dymitrij, Jurij, zlikwidować każdego w lesie!
To co działo się później trwało dosłownie kilka sekund. Podczas gdy Zielenko wydawała rozkaz ja zaczęłam biec w jej stronę. Odwracając głowę na wprost zauważyła, że biegnę jednak nie zdążyła zareagować odpowiednio szybko. Pilot, który trzymała w prawej ręcę znajdował się teraz u mnie. Miałam to, na czym w tym momencie najbardziej jej zależało.
- I co teraz, dziwko?- krzyknęłam - Nadal taka pewna siebie? Nie zabijesz mnie! Twój plan nie wypalił!
- Jesteś tylko głupią dziewuchą z problemami! - syknęła i ruszyła na mnie, jednak ja jestem zwinniejsza i lepiej wyszkolona - Oddaj ten pilot albo..
- Albo co hm?! Nie jesteś w stanie mi już zagrozić!
Obchodziłam ją dookoła, jak łowną zwierzynę. Widziałam panikę w jej oku, widziałam strach i przerażenie, o to mi chodziło. Żeby poczuła się jak swoje ofiary. Nasłuchiwałam w słuchawce o postępach jakie robią oddziały - prawie cała jej banda schwytana.
- Możesz oczyścić sygnał, jest już bezpiecznie -wtedy to dziwne uczucie zniknęło, niesłyszalny dźwięk nagle stał się słyszalny i wiedziałam, że teraz to ja rozdaję karty. Rzuciłam okiem na pomieszczenie w tym budynku, wszędzie ładunki C4, czuć też zapach siarki i ropy, niezła mieszanka, idealna na pozbycie się jakichkolwiek dowodów. 
I wtedy postanowiłam zrealizować swój plan. Spojrzałam jej prosto w oczy. Uśmiechnęłam się zwycięsko. I nacisnęłam guzik.

22 stycznia 2016

62.

Witam!
Wybaczcie tę długą [bardzo] przerwę, ale jestem! Taki mega come back!
Czytajcie i komentujcie, dzięki!

Syl xx

                                                                                                                                    

-Jak to kurwa nie ma tych dokumentów!? 

Nie lubię przeklinać, ale w tym momencie po prostu ręce mi opadły. Jak jedni z najlepszych agentów na świecie mogli zgubić najważniejsze dokumenty w agencji?.. Gdybym ja je miała gdzieś odłożyć to wciąż byłyby na swoim miejescu, ale daj zrobić coś facetowi.
- Agencie 289, masz 5 minut, chcę widzieć tę teczkę na swoim biurku. I przynieś mi też kawę. Migiem!

Od wczoraj atomosfera jest bardzo napięta. Wszyscy dziwnie na mnie patrzą, jakby czuli, że ja mam swój własny plan na akcję stulecia. Niby każdy dokładnie wypełnia moje polecenia, ale jest w tym pewna doza..niepewności i chyba braku zaufania. Nie dziwię im się. Jakaś małolata zaczyna się rządzić a nawet oficjalnie nie wiadomo, kto przejmuje agencję. Oczywiście Rada i mój sztab wie, co się dzieje, ale reszta żyje w całkowitej niepewności.
Do agencji przyjechałam punkt 8, a gdy tylko wysiadłam z windy rzuciło się na mnie kilkunastu agentów by pokazać mi ich raporty z misji, które dostali. Wyobraźcie sobie, że ja muszę to czytać, weryfikować, sprawdzać wszystkie dane, zebrane informacje oraz źródła skąd pochodzą niektóre informację. A wiedziałam, że tak to się skończy jak wydam ludziom misję byleby tylko odsunęli się od naszej - ratunkowej. To teraz mam- milion teczek, zdjęć i raportów do sprawdzenia!..

Tak jak usiadłam przy biurku o 8:30 tak pracę skończyłam po 13. Oczywiście w międzyczasie zdążyłam nakrzyczeć na moją drużynę. A kawy i tak nie dostałam.
Trevor cały czas pilnuje mnie jak piesek. Niby się martwi, widzę, że on coś podejrzewa i dlatego patrzy mi na ręce. Nic nie mówię, bo się wyda i mój plan spali na panewce.
- Trevor - stuknęłam go długopisem w łokieć - Mógłbyś przynieść mi teczkę AW67/23M00/LUTY2012 ? 
- Jasne, zaraz będę- zaczął odchodzić.
- Tylko pamiętaj, że to w archiwum! - zdążyłam jeszcze krzyknąć za nim i wróciłam do papierkowej roboty. Nienawidzę, kiedy jakaś misja trwa rok a ja muszę szukać starych danych. Ale o tyle dobrze, że ja sama nie muszę szukać tej teczki, Trevor się czasem przydaje.
Wrócił po chwili z teczką i kawą Latte.
- Chciałaś kawę - wyszczerzył się- Poza tym wyglądasz strasznie dzisiaj, więc jak tylko wypijesz tę to skoczę po kolejną.
- Dziękuję!- oburzona wróciłam do sprawdzania zgodności dokumentów, czasem słyszałam tylko chichot tego dryblasa obok siebie, nie chciało mi się reagować, więc dlatego jeszcze żyje.
* * * * *
Myślałam, że dzisiejszy dzień będzie jak każdy - robota papierkowa, trochę grzebania w komputerach innych wywiadów, krzyki, płacz, może też jakiś sparing.Okazało się, że dzisiaj jest jeden z tych dni. Tych złych dni, kiedy wszystko się sypie.
Przeglądałam właśnie najnowsze dane satelitarne kiedy do gabinetu wpadł Kristof. Jego mina mówiła sama za siebie.
- Syl..
- Co się dzieje? - oczywiście, że nie dałam mu nawet zacząć zdania- Macie coś?
- Ciężko powiedzieć - zatrzymał się w pół kroku - Masz coś ciężkiego pod ręką?
- Nie wiem? - zawahałam się i rozejrzałam dookoła. Długopis, kubek, kilka kartek, zszywacz.. - Raczej nie. Mów co jest.
- Chodź do centrum operacyjnego. Szybko.
W ekspresowym tempie wybiegłam z gabinetu, napotkałam przy tym masę zdziwionych spojrzeć, bo dopiero kilometry za mną dreptał Kris. Dobrze, że nasze Centrum Operacyjne (czytaj Sala Komputerowa) jest blisko, bo albo bym się zabiła po drodze albo Kris by umarł w biegu.
Wchodzę do pomieszczenia i wszyscy zamilkli jak makiem zasiał, ukardkiem spojrzeli na mnie, ktoś gestem nakazał, że mam usiąść przy głównym komputerze i tak też zrobiłam. 

- Sylvia, słuchaj - zaczął powoli Kristof i spojrzał na mnie z dystansem - Wiemy, że zależy Ci na powodzeniu misji, ale..
- Pokaż - udało mi się powiedzieć to w miarę spokojnym głosem.

Myślałam, że zemdleje. Na komputerze pokazano mi kilka gazet z różnych miast m.in. Londyn, Leeds, Brighton, Manchester. W każdej z nich w rubryce NEKROLOG były dane Szefa. W momencie kiedy dotarło do mnie, co ta jest naprawdę napisane puściłam wszystko, co miałam w ręce. Ludzie odsunęli się ode mnie, tylko Kris i Trevor stali obok. Nikt nic nie mówił, wiedzieli co czuję, jak zaraz zareaguje i dlatego nie zdziwili się tym, co powiedziałam chwilę później.
- Podajcie mi ktoś coś ciężkiego - dawno nie miałam tak lodowatego tonu głosu- Natychmiast kurwa!
W dwie sekudny dostałam kilka naprawdę ciężkich przedmiotów, w tym cegłe. Z całej siły rzuciłam przedmiotami po kolei w ścianę przede mną. Nikt nie reagował.
- Więcej - rozpłakałam się, upadłam na kolana, ale ciągle wpatrywałam się w komputer przede mną. Zabiję te kobietę choćbym miała zginąć przy tym sama. Nie pozwolę tej szmacie dłużej chodzić po tej ziemi. Nie ma takiej siły, która teraz mnie powstrzyma.

- Sylvia.. - urwał w połowie zdania, gdy wstałam.
- Milczcie. Wszyscy - usiadłam przy biurku, uruchomiłam kilka stronek o bardzo ważnej aktualnie tematyce dla mnie- Zostaje tylko 6 osób, które są najbardziej zaangażowane w naszą misję. Reszta natychmiastowo wychodzi i bierze misje w terenie, obojętnie. Czekam na raporty. Do widzenia.
Chwila szmerów, jakieś rozmowy, wyszli i nastała głucha cisza. Czekają na rozkazy.
- Każdy pokazuje mi co do tej pory osiągnęliśmy. Stanowisko numer 1 ...
Po jakichś dwóch godzinach mojego ciągłego płaczu i wydawania nowych poleceń wkońcu natrafiłam na trop, którego szukałam od miesięcy. Wreszcie udało mi się znaleźć jej internetowy ślad. Suka się teraz nie wywinie. Niestety to dopiero kropelka w morzu. Będziemy potrzebowali jeszcze kilku dni, żeby dotrzeć do jej obecnej kryjówki. Oby chłopcy się postarali, musimy ją szybko znaleźć. Nagle usłyszałam swój telefon. Leżał pod ścianą.. No co? Nie miałam czym rzucać!
- Tak?
- Cześć skarbie - usłyszałam jego kojący głos po drugiej stronie.
- Witaj Loczku. Jak w studiu?
- Nawet nie pytaj.. Wszystko mnie boli i mam ochotę na gorącą kąpiel w płatkach róż. Piszesz się na to po pracy?
- Pewnie kochanie - zaśmiałam się cicho- Ale tym razem ja przygotuję kąpiel, bo znowu zamiast płynu do kąpieli użyjesz płynu do prania.
- To był wypadek! Wiesz o tym słońce!
- Jasne - uwielbiam kiedy się tak oburza, jest wtedy taki męski..nawet przez telefon.
- Sylvia, dobrze wiesz, że to była pomyłka no..niechcący.
- No wiem Hazz. A słuchaj zostaniesz u mnie na noc dzisiaj?
- Co się stało?- czy on zawsze wie kiedy coś jest nie tak?!
- Opowiem jak się zobaczymy okey?
- No dobra - już się miałam rozłączać kiedy dodał - Kocham Cię.
- Też Cię kocham. Na zawsze.
I dopiero teraz zakończyłam połączenie. Podeszłam do chłopaków i dałam im znać, że to na dzisiaj koniec, ale uparli się, że biorą nadgodziny. Kategorycznie zabroniłam i siłą wykopałam z Sali. Zamknęłam drzwi za sobą wcześniej gasząć światło i udałam się na parking. Wsiadłam do mojej Hondy i ruszyłam powoli w kierunku domu, gdzie pewnie czeka już Harry. Na szczęście dzisiaj nie ma korków, dziwne jak na czwartek, ale nie narzekam. Im szybciej w domu tym lepiej.
Gdy tylko otworzyłam drzwi doszedł mnie zapach naleśników z truskawkami. Pycha. Zdjęłam buty, kurtkę odwiesiłam na wieszak dokładnie obok płaszcza Harry'ego i ruszyłam do kuchni skąd słychać było rozmowy.
- Cześć - rozsiadłam się wygodnie obok taty i dałam mu buziaka w policzek.
- Ej, a ja? - oburzył się mój chłopak- Jakie powitanie.
- Ty dostaniesz później wariacie - wytknęłam do niego język na co się szeroko uśmiechnął. Zboczeniec. Zoey podała mi talerz z kilkoma naleśnikami. 
- Udekoruj jak chcesz - mrugnęła do mnie na co ja ochoczo zabrałam się do zabawy. Uwielbiam bawić się jedzeniem. Trochę to odstresowuje.
Po jakiejś godzinie skończyłam wreszcie jeść. Strasznie długo zajmuje dekoracja 6 naleśników. Hazz już chciał mi pomóc je jeść, bo chciał ze mną pogadać. Ah, jak mus to mus, więc zjadłam i poszłam do swojego pokoju. Oczywiście ktoś za mną już dreptał.
- Mów - powiedział tylko, usiadł na łóżku i wyciągnął obie ręce do mnie- Kochanie, proszę.
- Szef nie żyje - na jednym wdechu wykrztusiłam z siebie- Znaleźliśmy kilka nekrologów w gazetach.
- Ale nie wiecie na sto procent, prawda?
- Niby nie, Hazz, ale to już nie jest zwykła groźba. Ona właśnie zaczęła wojnę czy tego chciała czy nie.
- Co teraz zrobisz? - jego czujne oczy spoglądały w moje, widział, że jestem bojowo nastawiona. 
- Nie wiem - co jest oczywistym kłamstwem - Ale coś wymyślę. Od czego mam ludzi w agencji.
Harry uśmiechnął się pocieszająco i otulił swoimi ciepłymi ramionami. Poczułam miłość, której dawno nie czułam, ta troska i poczucie bezpieczeństwa dodało mi sił. I już wiem co zrobię. Najgorsze jest to, że będą tego tragiczne konsekwencje..

                                                                                                                                                                  

CZYTASZ = KOMENTUJESZ! 
DZIĘKUJĘ <3