20 kwietnia 2015

60.

Witajcie!
Na początek PRZEPRASZAM!!!
Wiem, że was zaniedbałam, a to już koniec historii, ale mam masę egzaminów.. studia nie są łatwe .. dodatkowo wzięłam udział  w konkursie literackim i cały wolny czas poświęciłam nowemu dziełu.. dodatkowo szukam też pracy .. Także trochę mam na głowie. 

Ale już do was wracam! Mam dla was 60ty rozdział, którego wyczekujecie od ... stycznia :(

Zapraszam do czytania! :) <3

Syl xx

~Jeszcze raz przepraszam! :( ~

                                                                                                                                                                  

*** 6.12.2013 ** ** Sylvia ***

Jeśli ta głupia krowa myśli, że dam jej tak po prostu cieszyć się ze zwycięstwa to się grubo myli. Ona nie wie, jakie mam wobec niej plany i jak bardzo moja zemsta będzie ją bolała. 
Od wypadku w zeszłym tygodniu minęły cztery dni, w tym czasie naprawiliśmy nasz system i odzyskaliśmy dane. Udało nam się także namierzyć ostatnie miejsce, gdzie był szef. Moje jednostki działają na pełnych obrotach. Zajęliśmy się przeszukiwaniem każdego miejsca w Anglii. 

Widzę, jak Harry się o mnie martwi, ale mi nie potrzebne teraz współczucie tylko wsparcie. Ktoś musi mi mówić, że załatwię tę sukę i wreszcie moje życie wróci do normy. Nawet Ben nie rozumie. Nikt z nich nie rozumie. Już teraz wiem, co miał na myśli szef, gdy obmyślał ten swój plan.
Od rana, a już jest 11, siedzę w pracowni komputerowej i pracuję nad udoskonaleniem mojego planu. Jest głupi, to prawda, ale tak najłatwiej będzie wywabić Zielenko z jej kryjówki. Bo co bardziej przykuwa uwagę człowieka niż reklamy w każdej telewizji w Wielkiej Brytanii?
Mój oddział beta zadbał o zmontowanie specjalnego wideo, które za pomocą hakerów zostanie pokazane w każdej telewizji i na każdym interaktywnym bilbordzie. Sprytne? Tak. Głupie? Jak najbardziej.
Obecnie naszym priorytetem jest zyskanie jej uwagi a także wytropienie szefa. Południowa i wschodnia część kraju sprawdzona i czysta. Wiemy, że trzeba patrolować okolice Bristolu, Londyn obecnie wykluczamy.
Prędzej czy później się do nas odezwie.
Cóż, jak o tym myślałam to nie spodziewałam się, że tak szybko się z nami skontaktuje.
Jest godzina 14.18 a właśnie na ekranie głównego komputera pojawiła się ikonka o połączeniu satelitarnym. Które nawiasem mówiąc ciężko namierzyć, ale nasi spece dadzą radę.
- Jak tylko odbiorę to namierzajcie najdokładniej jak potraficie, jasne?
- Tak jest, sir!
Kliknęłam na przycisk ‘odbierz’ i po chwili na ekranie pojawił się pasek z regulacją głosową.
- Jak mają się moi mali agenci?- Zielenko mnie wkurza!
- Nie Twoi jeśli chcesz wiedzieć- gram na zwłokę, taktyczny manewr- Gadaj co z szefem.
- Alfred czuje się świetnie. Co prawda nie może mówić, ale skoro żyje..- jej śmiech mnie irytuje, jak jej cała osoba.
- Co mu zrobiliście?!
- Sylvia, tak? Jak zdrowie?- cóż, ona także ma swoją taktykę jak zgaduje.
- Odwal się ode mnie i gadaj co z szefem!
- Wybaczcie ten dwutlenek węgla, to pomysł Siergieja- czy ona mnie słyszy?!
- Na całe szczęście wszyscy są zdrowi, więc Twój plan się nie powiódł.
- Powiódł złotko, bo Cie wkurzyłam. A o to mi chodziło- zaśmiała się- Pozdrów agenta Z. A nie, czekaj, on nie żyje.
- Jak tylko Cię znajdę to zabiję! Będziesz cierpiała!
- Nie wysilaj się złotko, nie znajdziesz mnie. Nigdy. A teraz wybacz, ale Alfredowi bardzo przeszkadzają jego dłonie, trzeba coś z tym zrobić.
- Nie waż się go dotykać suko!
- W odpowiedniej chwili dam Ci znać, gdzie jestem- i koniec połączenia.
Zabiję ją, będę torturować aż zacznie błagać o litość, nie daruje jej!
Oparłam się o blat biurka i zaczęłam głęboko oddychać. Wiem, że wszyscy w tym momencie wstrzymują oddech i czekają na jakieś instrukcje, ale ja nie dam rady! Muszę ją dopaść, teraz, zaraz!
- Nie udało nam się jej zlokalizować. Wiemy tylko, jakiego satelity użyła- odezwał się Arthur, nowy szef sztabu komputerowego.
- Czy dzięki tej informacji ją znajdziemy?- zapytałam retorycznie- Nie. Więc do roboty. Na jutro chce mieć jej lokalizację.
I wyszłam z tego pomieszczenia. Irytuje mnie to, że nic w tej chwili nie mogę zrobić. Poszłam na siłownie, ale wróciłam się w połowie drogi. Muszę wreszcie przeczytać, co jest w tej kopercie od szefa.
Ruszyłam w kierunku jego gabinetu. Od jakichś 7 dni stoi pusty, otwarty nieruszony. Usiadłam na jego fotelu i wpatrywałam się w jego ulubione cygara.
‘ Znajdę Cie szefie’
Sięgnęłam po kluczyk wiszący na drzewku na klucze i otworzyłam szufladę, w której schowałam kopertę. Nożykiem do listów leżącym na biurku otworzyłam ją i wysypałam zawartość. Jakiś list, kluczyki do gabinetu, karty agencyjne. Klucze schowałam do kieszeni, karty włożyłam do szuflady i zabrałam się za czytanie listu.
Drodzy agenci,
Jak wiecie drugiego grudnia udałem się na międzynarodową konferencję. I jak się domyślacie, nigdy z niej nie wrócę.
Wy mieliście swój plan a ja swój. Czyli uratowanie was i agencji. Poświęcam się dla dobra ogółu. Zasada numer 6. Chociaż wszyscy wiemy, że chodzi w niej o coś innego.
Zastanawiacie się, co teraz będzie z agencją. Skoro już nie żyję to uznajcie ten list za mój testament. 
Sylvia, nie bądź zła na mnie za mój plan, zaznaczam na wstępie tego testamentu, bo nie chcę żebyś buntowała się właśnie teraz kiedy już nie żyję.
Chciałbym żebyś Ty, agentko 315, przejęła dowództwo nad agencją. Wszystkie papiery są już przeze mnie podpisane i znajdują się w jedynej niebieskiej teczce w moim gabinecie. Uszanuj moją decyzję, proszę. I mam nadzieję, że każdy z was dostosuje się do mojej woli.
Chciałbym też, żeby powstał oddział, który będzie strzegł mojej żony Sandy oraz moich dzieci. Zależy mi na bezpieczeństwie mojej rodziny. Jakbyś mógł się tym zająć, agencie 415.
Kolejną kwestią jest pomszczenie mnie. Odpuśćcie sobie. Nie po to poświęcam siebie, żebyście teraz knuli plany jak mnie uratować i zabić Zielenko. Tak, Sylvia, wiem, o czym myślisz i błagam odpuść. Ktoś musi stać na czele naszej agencji i strzec ładu w Wielkiej Brytanii.
Ostatnia już rzecz- jestem wolontariuszem w kilku hospicjach, domach dziecka a także szpitalach dziecięcych i chciałbym żebyście po mojej śmierci korzystali z pieniędzy, które są na karcie płatniczej. Jest ona ukryta w sejfie, kod pod obrazem. Co miesiąc proszę wpłacajcie po tysiąc złotych na każdą organizację.

Chciałbym wam podziękować, agenci, za służbę u mego boku a także pod moją batutą. Dziękuję za każde wasze poświęcenie, za ciężkie treningi i za każdy wasz uczynek. Jesteście najlepszymi agentami na świecie i zawsze nimi będziecie. Działajcie dalej i rekrutujcie nowych agentów by zasilać szeregi naszej agencji.
Przekażcie mojej żonie i dzieciom, że kochałem je ponad wszystko i kiedyś jeszcze się spotkamy.
Dziękuję. I pozdrawiam.
Szef agencji MI6, Alfred Hamilton.’
Gdy skończyłam czytać miałam łzy w oczach i wpatrywałam się dłuższy czas w kartkę. Nie wierzę, agencja jest..moja?
Szef zawsze dramatyzował, tak sobie myślę, że przecież jest szansa, żeby go uratować. Zawsze jest ta odrobina nadziei, która mówi, że nie jest jeszcze za późno. Bo nie jest, prawda?
Wstałam i podeszłam do regału z dokumentami. Z tyłu, za nimi znajdowała się cienka niebieska teczka podpisana ‘POUFNE’. Tak, szefie, tajne jak nie wiem. Wywróciłam oczami i otworzyłam teczkę. Rzeczywiście są podpisane wszystkie dokumenty, wystarczy tylko zadzwonić do prawnika i złożyć swój podpis. Ale to nie takie proste. Ja nie potrafię przejąć po nim agencji. Jeszcze nie, jest za wcześnie. Przecież jego da się do cholery uratować!
Otarłam kolejne łzy i schowałam wszystkie dokumenty. Nikt nie może ich znaleźć.
Ruszyłam do windy i zjechałam na parking podziemny. Za dwie godziny mam randkę z Harry’m. Nie mogę się spóźnić.
*** godzina 16.30*** restauracja ‘Ying & Yang’***
- Kochanie, jesteś strasznie spięta- czy on musi wszystko zauważać?
- Wydaje Ci się Loczku- uśmiechnęłam się tak szczerze jak tylko potrafię- Po prostu, urwanie głowy w pracy.
- O, może nareszcie zaczniesz mówić, co takiego ciekawego ostatnio tam robicie, że znikasz na całe dnie- spojrzał na mnie wyczekująco.
- Pracujemy nad odnalezieniem szefa i tyle- wzruszyłam ramionami i upiłam łyk wody.
- To Twoje ‘i tyle’ Cie wykańcza kochanie- chwycił moją dłoń- Martwię się o Twoje zdrowie psychiczne- zaśmiał się debil jeden.
- Moje zdrowie psychiczne ma się dobrze, dzięki za troskę.
- Jesteś pewna?- uniósł brew i cicho się zaśmiał.
- Jak najbardziej. A teraz jeśli pozwolisz dopiję wodę, bo za chwilę będzie tu kelner z naszym kurczakiem i szampanem a nie chcę stracić wody.
- Pij, na zdrowie słońce- zaśmiał się- Nie udław się.
- Może tak już się ucisz?- wskazałam gestem, żeby zakluczył sobie usta.
‘Okey’ powiedział bezgłośnie i znowu się zaśmiał, tym razem nie wytrzymałam i też się cicho zaśmiałam, zauważył.
- Uwielbiam, kiedy jesteś wyluzowana. Wtedy jesteś jeszcze piękniejsza. I pięknie się rumienisz. Tak dawno tego nie widziałem- powiedział smutno, ale nadal miał te swoje iskierki w oczach.
- Czy to jest normalne w związku, że jedna osoba zawsze musi sprawiać, że się rumienisz?- zapytałam retorycznie i ugryzłam kawałek bułeczki.
- Nie wiem, ale wiem za to, że ja będę to robił notorycznie, bo uwielbiam oglądać Ciebie skrępowaną, to rzadki widok- puścił mi oczko.
- Ja też lubię, kiedy ludzie są skrępowani- poruszyłam brwiami a on zakrztusił się szampanem, zaczęłam się głośno śmiać, a on zrobił się dosłownie czerwony. Ah, mój Loczek.
- Jesteś wredna- wytarł się chusteczką- Jakoś Ci się odpłacę skarbie.
- Tak, na pewno- wróciłam do jedzenia kurczaka ale ukradkiem spoglądałam na niego, ale gdy patrzył wracałam wzrokiem do kurczaka. Wtedy smakował tak inaczej, lekko słony z nutką bazylii.
- Sylvia- zaśmiał się- Co Ty robisz?
- Jem kurczaka- wzruszyłam ramionami z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Moja głupiutka- wytknęłam mu język- Chcesz coś na deser?
- A mają tu coś dobrego?
- Podobno całkiem niezły jest Truskawkowe Niebo.
- Co Ty masz ostatnio z tym niebem, co?- wskazałam na niego widelcem.
- Po prostu jesteś moim Aniołem – uśmiechnął się tak uroczo, jak jeszcze nigdy.
- Kocham Cię, wiesz?
- A wiesz, że ja kocham Cię jeszcze bardziej?
- Oh, to teraz się będziemy kłócić, kto kogo bardziej kocha? Nie ma mowy kochany- dalej męczyłam kurczaka i popijałam go szampanem.
- Jesteś taka urocza- a śmiej się, śmiej, ciekawe kto cie do domu odwiezie.
- Nie denerwuj mnie- zagroziłam mu, ale on sobie nic z tego nie zrobił- Lubisz mnie irytować.
- Owszem- upił łyka szampana- To co, zamawiamy te Truskawkowe Niebo?
- Pewnie- wytarłam usta chusteczką- Jedziemy potem do kina czy coś?
- A leci coś fajnego?- walnęłam się delikatnie w czoło- No co?
- Niedługo święta, pewnie, że leci coś fajnego! Harry- pokręciłam głową z niedowierzaniem- Wiem, że puszczają ‘Love actually’. To nasz ulubiony film.
- Oglądaliśmy go miesiąc temu- zaczął jęczeć- Nie leci może Iron Man3?
- Ja nawet nie widziałam jedynki i dwójki!- skrzyżowałam ręce- Chyba puszczają jeszcze Igrzyska Śmierci część 2.
- Nie widziałem jedynki- oparłam głowę o stół a po chwili zaczęłam się śmiać- Idziemy na ‘To właśnie miłość’.
- Świetnie- posłałam mu buziaka w powietrzu- To kiedy ten deser?
- Idę po nie Aniele, czekaj tu na mnie- wstał i najpierw podszedł do mnie,  żeby dać mi buziaka a dopiero potem ruszył do lady. Skorzystałam z chwili samotności i napisałam wiadomość do Bena, czy mają jakieś informacje. Oddzwonił idiota.
- No co jest?
- Nic, żadnych informacji, staraliśmy się namierzyć jakikolwiek sygnał z telefonu, ale jest stłumiony. Widocznie używają satelity do zagłuszenia sygnału.
- No to my też użyjmy satelity, Ben.
- Chłopcy próbują, ale są zbyt dobre zabezpieczenia. Nikt nie może ich złamać. Wiesz, kto by je złamał.
- Wiem. Ale jego już nie ma, za to mamy innych świetnych informatyków. Zresztą pomoc już jest w drodze.
- Jaka pomoc?
- Poznasz kogoś jutro. Na razie Ben.
Rozłączyłam się akurat kiedy Hazz pojawił się w zasięgu wzroku. Ciekawe czy wie, że mamy na dzisiaj obstawę?
- Jestem z powrotem skowroneczku- położył mój deser z gracją- Smacznego.
- Dziękuję i smacznego.
- Również dziękuję- uśmiechnął się do mnie szeroko.
- No co?- spojrzałam na niego ze zmarszczonymi brwiami.
- Nic. Po prostu Cię kocham.

- Też Cię kocham – posłałam mu jego ulubiony uśmiech i zabrałam się za jedzenie deseru. Nie smakuje jak niebo.

                                                                                                                                                                                


CZYTASZ = KOMENTUJESZ :)

06 stycznia 2015

59.

Witajcie!!!! 
Wracam po troszkę dłuższej przerwie (niepotrzebnie tylko zaniedbałam bloga, bym już dawno skończyła tę historię i zabrała za kolejną..)
Wybaczcie, ale mam nadzieję, że rozdział wam to zrekompensuje i się wam spodoba :)
+ Proszę nie zabijajcie mnie ;x +


Syl xx
                                                                                                                                                     

*** Sylvia ***

Ja wiem, że minęły dopiero dwie godziny od kiedy tam doleciał, ale strasznie się czymś denerwuję. Od momentu, gdy tylko samolot wzbił się w powietrze mam dreszcze na całym ciele a to raczej nie wróży nic dobrego. 
W dodatku mam kolejny etap treningów, jak obiecał Max, teraz mam strzelnicę. I to bardziej męczące niż myślałam. Już serio wolę sparingi, przynajmniej mogę się wyżyć.
Cholera, właśnie przypomniałam sobie, że mamy dzisiaj z Harry’m randkę. Uderzyłam się w czoło otwartą dłonią a następnie zjechałam nią po całej twarzy. Jak mogłam zapomnieć o randce. To nasza rocznicowa, co prawda spóźniona kolacja, bo rocznicę mieliśmy 23 listopada, ale nie mieliśmy oboje czasu. Dopiero teraz nadarza się okazja by uczcić 3 miesiące razem. I tak, oczywiście będzie z nami ochrona więc nie będzie tak romantycznie jak powinno być, ale.. Czego się nie robi z miłości. Człowiek poświęca swoje ideały na rzecz innych.
Cała agencja czeka na kolejne informacje od szefa. Na razie napisał tylko, że doleciał i konferencja się zaczęła. 
Za chwilę kończę ten głupi trening, muszę iść do Z i zacząć się zajmować szefem.
Ostatnie strzały trafiły do celu, może nie do środka tarczy, ale było blisko!
Zeszłam do szatni, wzięłam szybki prysznic i w dosłownie kilka sekund się ubrałam. Windą wjechałam na poziom 0 i spokojnym krokiem weszłam do twierdzy komputerowej.
- Cześć- rzuciłam na wejściu i zostawiłam torbę przy biurku- Jakieś wieści?
- Nic- powiedział patrząc na ekran- Za to wiem, że chwilowo z celownika zniknęła nam Zielenko.
- Mieliśmy ją na celowniku? I ja nic o tym nie wiem?- moje oczy zrobiły się dwanaście razy większe. Czemu oni nic mi nigdy nie mówią?!
- Nie chcieliśmy Cie stresować. O, widzisz, już zaciskasz pięści- spojrzał na moje dłonie- Poza tym, nasze dane opierały się na tym, co widzieli inni agenci i dzięki temu stworzyliśmy mapę. Ostatnio była w Dublinie, to znaczy jakieś 3 dni temu, od tamtej pory nie mam żadnych wieści od irlandzkich agentów. Jednak jakiś koleś z Interpolu widział ją w Londynie wczoraj no, ale to nie jest potwierdzone przez kogokolwiek.
- Chwila chwila- zastanowiłam się- Skoro była w Londynie to może wiedzieć, że szef poleciał do Bristolu. A skoro to wie, to..
- Nie, Sylvia, nawet o tym nie myśl, szef jest na pewno bezpieczny.
- Ale ja myślę logicznie Z, nie rozumiesz? A jeśli jemu już teraz grozi niebezpieczeństwo? Może już go zabiła!- zaczęłam nerwowo chodzić po sali. A co gdyby.. w sumie to niezły pomysł- Z, możesz namierzyć telefon szefa?
- Pewnie- wywrócił oczami- To łatwizna. Wystarczy kliknąć tu, wpisać kod tu, tam i już, namierzony. Według tego, co mówi komputer przebywa w Bristolu.
- Da się zlokalizować go dokładniej?
- Oczywista oczywistość- spojrzałam na niego z niecierpliwością- Tak- wywrócił znowu oczami- Tylko daj mi jakieś dwie minuty.
- Nie spiesz się- usiadłam do jakiegoś komputera i zaczęłam przeglądać akta. Nie żebym szpiegowała innych agentów, gdzie, nie ja. Po prostu lubię czytać.
- Sylvia, chodź- Z zawołał mnie do siebie- Na którą była ta konferencja?
- Na 10, trwa do jakiejś 16. 
- Bo jest godzina 12.34 a szef zdaje się przemieszczać. Zlokalizowałem gdzie jest ta konferencja i ciągle namierzam szefa, ale on jest poza tym miejscem.
- Wiedziałam!- opadłam na jego fotel- Musimy natychmiast wysłać oddziały do Bristolu!
- Co do..- Z latał od jednego komputera do drugiego.
- Co się dzieje? Ej!
- Ktoś naruszył moje zabezpieczenia, włamanie nastąpiło jakieś pół godziny temu z tego co widzę, komputery wariują!
- To jej sprawka- uderzyłam w biurko, kilka rzeczy spadło na ziemię- Musimy działać.
- Póki co nawet nie dam rady namierzyć szefa, cała baza danych siadła, wirus nadal opanowuje moje oprogramowanie!
- Jak to możliwe?- podeszłam do głównego komputera, ale jedyne co na nim było to jakieś przemieszczające się linie- Przecież Twój system jest najlepszy i najlepiej zabezpieczony.
- Rosjanie potrafią wszystko- przeklął cicho pod nosem i zaczął szukać miejsca, które mogło zostać użyte jako gniazdo wirusa. Latał jak nienormalny po całym pomieszczeniu- Cholera!
- Z, spokojnie wszystko..- nie dokończyłam, bo uruchomiły się spryskiwacze przeciwpożarowe. Ta woda powinna być taka gorąca?
- O nie, nie tylko nie woda! Wszystko się zniszczy!- przebiegł pół sali, siadł przed głównym komputerem i próbował zablokować jakoś system, żeby odzyskać dane. Po jego minie wnoszę, że nie udało mu się.
-Cholera, co teraz?- zapytałam osłaniając się jakimiś teczkami.
- Wychodzimy, ta woda na pewno nie jest zwykłą wodą- chwycił mnie za ramię i pociągnął w stronę wyjścia. Na nasze nieszczęście drzwi były zablokowane. Szarpaliśmy je, ale to nic nie dawało. Wyciągnęłam mój komunikator i wysłałam do Bena wiadomość, że potrzebujemy pomocy. Chwilę później ktoś szarpał drzwi z drugiej strony. Nic.
- Sylvia, musimy stąd jak najszybciej wyjść. Zaraz nastąpi zwarcie komputerów, może wybuchnąć pożar.
- Świetnie- szepnęłam pod nosem- Dlaczego te najgorsze rzeczy przydarzają się właśnie mnie?!
- Sylvia, jesteście cali?- głos Bena był ledwo słyszalny- Musicie się odsunąć, użyjemy taranów, trzeba was stamtąd wyciągnąć!
Podeszliśmy z Z do przeciwnej ściany, żeby nie narażać się na uszkodzenie. Po chwili było słychać jakieś hałasy, huk z drugiej strony oznajmiał, że działają. A w pomieszczeniu zrobiło się gorąco jak w łaźni. Oboje z Z byliśmy cali mokrzy i słanialiśmy się na nogach, jedno przytrzymywało drugie.
- Hej, Z, Ty też widzisz tęczę?- zapytałam z na wpół otwartymi oczami.
- Nie- zaśmiał się a za chwilę kaszlał- Ja widzę panoramę Paryża.
- Spać mi się chcę- powiedziałam ziewając- Co było w tej wodzie?
- Nie wiem, ale na pewno dostali się do naszych systemów obronnych, czuję siarkę i chyba dwutlenek węgla.
- To nie dobrze- ziewnęłam po raz kolejny a huki za drzwiami nie ustawały.
- Nie dobrze- wtedy Z upadł na ziemię, był blady i bardzo gorący, przez tę wodę. Zjechałam po ścianie, doczołgałam się do jego szyi i sprawdziłam puls. Ledwo dostrzegalny, ciśnienie spada, oddech ma płytki. I wtedy coś zaskoczyło. Miałam przed oczami mgłę, ale widziałam zarys człowieka. ‘Mama?’
W pierwszej chwili byłam zdezorientowana, ale później dotarło do mnie, że skoro widzę ją to znaczy, że już czas. Czas by umierać. Sprawdziłam na nadgarstku puls, to samo co u Z, ledwo wyczuwalny. Z moich oczu popłynęły łzy a za chwilę widziałam tylko ciemność.

*** Ben ***

Nienawidzę treningów z nowymi agentami, oni nic nie potrafią! To denerwujące, gdy przydzielają cie jako nauczyciela do nowych. Niektórzy nawet podstaw nie znają. Jak oni się tu znaleźli?
Właśnie trwał pojedynek między mną  a jakąś młodą dziewczyną, gdy odezwał się mój komunikator.
- Świetnie agentko 507, teraz chwila przerwy.
Zszedłem z ringu i odczytałem wiadomość : ‘Pomocy. Jesteśmy zamknięci w Sali komputerowej. Szybko’
Czym prędzej zawołałem wszystkich, żeby przyszli pomóc mi w misji ratunkowej. Kilka razy jechaliśmy windą, żeby wszyscy dojechali. Ja dotarłem na miejsce jako pierwszy. Było spore zamieszanie, bo okazało się, że na wszystkich piętrach od parteru po 11 uruchomiły się spryskiwacze przeciwpożarowe. W powietrzu unosił się dziwny zapach a także dym zbierał się przy suficie.
- Sylvia, jesteście cali?- ale nie dostaliśmy odpowiedzi, to wina tego grubego szkła, nic nie słychać. Kazałem przynieść kilku osobom jakiś taran, bo nie dało się otworzyć drzwi. Szarpanie nic nie da a oni mają coraz mniej czasu. Młody przyniósł taran i czym prędzej zaczęliśmy atakować drzwi.
- Zbijcie wszystkie lustra i szyby w tej ścianie! Migiem!
Zajęli się tą robotą i w szybkim tempie lustra znikały, ale szkło nie chciało ustąpić. Sytuacja z drzwiami też nie była dobra, nie ustępowały a przed chwilą wybuchł czytnik pinu. No zajebiście.
Ale się nie poddajemy. Dalej próbujemy wywarzyć drzwi.
- Mam ładunki wybuchowe- dobiegł mnie zdyszany głos jakiegoś agenta.
- Szybciej się nie dało?- czym prędzej odłożyliśmy taran i założyliśmy ładunki wybuchowe. To nie zwykłe bomby, są stworzone do najtrudniejszych warunków i zabezpieczeń. Umieściliśmy ich osiem, po chwili uruchomiliśmy zapalnik i drzwi posypały się w drobny mak a my czym prędzej weszliśmy do pomieszczenia. Znaleźliśmy ich leżących pod ścianą. Z ich nosów i uszów leciały stróżki krwi. Cholera, nie dobrze! Wręcz fatalnie.
- Chłopaki, karetki szybko! Dzwońcie i proście o jak najszybszą interwencję.
Ulotnili się a ja miałem chwilę czasu na rozeznanie. Komputery wyłączone, pełno wody, dym unosi się grubymi warstwami przy suficie ale na szczęście spryskiwacze już nie działają. Podszedłem do głównego komputera, ale nie działał. Uderzyłem wściekły w biurko a wtedy na największym ekranie pojawił się napis ‘Goodnight’
Ta cholerna Zielenko nie daje nam spokoju a w dodatku Sylvia ucierpiała.
Nie minęła minuta a do pomieszczenia wbiegło sześciu sanitariuszy i zajęło się Sylvią i Z. Wzięli ich na nosze i zjechali windą na parking podziemny. Oczywiście ruszyłem za nimi. Pozwolili mi jechać z Sylvią karetką, z jej kieszeni wyjąłem telefon i wybrałem numer Harry’ego. Musi wiedzieć. Odebrał po kilku sygnałach.
- Cześć słońce, jak mija dzień?- usłyszałem jego głos, wywróciłem oczami.
- Harry, tu Ben.
- Co się stało?- usłyszałem jego zaniepokojony głos.
- Jedziemy właśnie do szpitala. Mieliśmy pewien..problem.
- Jak ona się czuje?- zapytał a ja milczałem- Ben, do cholery, gadaj!
- Nie wiem!- zdenerwowany krzyknąłem- Lekarze nie czują pulsu..
- Co?- usłyszałem jego cichy szept- Nie, nie, to nie prawda. Ona żyje. Jadę tam. Który to szpital?- zakryłem dłonią telefon i zapytałem sanitariuszy.
- Centralny szpital Harry, tam zawożą wszystkie ciężkie przypadki.
- Nie pozwól jej odejść. Proszę- i się rozłączył.

Do szpitala dojechaliśmy bardzo szybko, na miejscu już czekał Harry. Podbiegł do nas, a raczej do Sylvii i chwycił ją za dłoń.
- Trzymaj się słoneczko, jestem przy Tobie. Walcz.
-Harry, my musimy zaczekać tu- byliśmy obecnie w korytarzu przed salą zabiegową- W karetce robili masaż serca, na zmianę zaczynało bić i przestawało. Lekarze dają jej małą szansę, ale to zawsze coś- starałem go podnieść na duchu, ale on milczał, tylko płakał.
- Jak Z?- zapytał po chwili.
- Nie dało się go uratować. Już w agencji mówili, że jego płuca przestały pracować, a serce nie daje rady znowu zacząć bić. W karetce nie pomógł masaż serca.
- Boże..- chwycił się za głowę i znowu zaczął płakać. Zostawiłem go i poszedłem do innej Sali, gdzie leży ciało Z. Pielęgniarka pozwoliła mi go zobaczyć. Ale nie wytrzymałem długo, po chwili opuściłem pomieszczenie- zły, wręcz wściekły i ze łzami spływającymi po twarzy. Dosiadłem się do Harry’ego i czekaliśmy na jakieś informacje.
Minęła już godzina, a my nadal nic nie wiemy. To męczące, nikt nic nie mówi, lekarze biegają w te i z powrotem..
- Dzień dobry, nazywam się doktor Mary Clay- podeszła do nas kobieta w średnim wieku.
- Co z Sylvią?- Harry natychmiast wstał.
- Udało nam się przywrócić jej funkcje życiowe, pacjentka odzyskała przytomność, oddycha samodzielnie. I żąda natychmiastowego wypisu.
- Czy ona oszalała?- Harry nie wierzył w to co słyszy.
- Mówi, że ma niedługo randkę- kobieta zaśmiała się lekko a chłopak zareagował tym samym, tyle, że się popłakał.
- Mogę ją zobaczyć?
- Tak. Ale wchodźcie pojedynczo- usiadłem i gestem kazałem mu iść. Szybko zniknął za drzwiami.

*** Harry ***

- Cześć słońce- przywitałem ją siedzącą na łóżku- Jak się czujesz?
- Dobrze. Możemy stąd iść?- miała uśmiech na twarzy, ale za tym kryje się coś więcej.
- Tak, pewnie. Ale najpierw musisz o czymś wiedzieć.
- Co jest?- zeszła z łóżka i podeszła do mnie- Harry..?
- Z nie żyje.
- Co?- szok wymalował się na jej twarzy- Ale.. jak to?
- Przykro mi. On po prostu.. nie dał rady w karetce.
- Nie wierzę- wtuliła się we mnie i pierwszy raz od trzech miesięcy zobaczyłem ją płaczącą- To moja wina.
- Nie kochanie, nie Twoja. To wina tej suki, która chce Cie zabić. Proszę, nie płacz- masowałem jej plecy, żeby ją jakoś uspokoić, ona z kolei wbijała mi palce w plecy. Dobrze, że mam gruby sweter na sobie.
- Mogę się z nim pożegnać?- zapytała po chwili ciszy, przestała płakać.
- Pewnie- pociągnąłem ją za rękę, wyszliśmy na korytarz i do rejestracji.
- Cześć Ben- wyminęła go bez spojrzenia na niego- Przepraszam, chciałabym zobaczyć mojego przyjaciela.
- Niech jej pani pozwoli się pożegnać- błagalnym spojrzeniem spojrzałem na kobietę.
- Sala obok, ale szybko. Zaraz zabierają go do kostnicy.
Weszliśmy do pokoju z numerem 6. Światło dawało złudne oświetlenie, było prawie ciemno. Sylvia puściła moją rękę i podeszła do ciała Z, po chwili odsunęła prześcieradło i zauważyłem, że znowu płacze. Chwyciła go za rękę.
- Pomszczę Cię Z. Obiecuję. Zabiję ją w najbrutalniejszy sposób jaki istnieje. Nie daruję jej.
- Kochanie, chodźmy już- delikatnie odwróciłem ją w swoją stronę, przykryłem go i odeszliśmy. Wiem, że ona ma już swój plan i wcieli go w życie pomimo moich sprzeciwów. I zamierzam jej pozwolić. Musi pomścić śmierć przyjaciela.
- Nie idźmy na randkę dzisiaj- zabrałem głos w samochodzie- Nie chcę, żebyś była smutna.
- Dam radę- ale uciszyłem ją nim dalej coś powiedziała.
- Jesteś dobra, ale nie dasz rady ukryć smutku pod swoją maską. Sylvia, dzisiaj posiedzimy u Ciebie i pooglądamy filmy.
- Dobra. I Harry..- zerknęła na mnie – Dziękuję. Kocham Cię.
- Ja Ciebie też słońce.

                                                                                                                                                                   

CZYTASZ = KOMENTUJESZ :)

24 listopada 2014

58.

*** Sylvia ***

- Myślę, że to zły pomysł. Tak jej nie namierzymy- odezwałam się po chwili ciszy. Ale tym razem, jak poprzednio nikt się nie odezwał. Co oni filozofowie, że muszę kontemplować nad czyimiś słowami?
- Ona ma racje- wreszcie ktoś przemówił- Przecież zorientuje się, że to pułapka.
- 289 dobrze gada, szefie- kolejny gość przejął stery- Może i złapie trop i przyleci do Bristolu, ale jaka pewność, że się ujawni. Albo, że my zdążymy ją namierzyć?
- Zgadzam się z wami. Poza tym to niebezpieczne i obstawa musiałaby być w całym mieście, przy każdej ulicy. Nie damy rady pilnować każdego zakamarka Bristolu.
- Słuchajcie, chcecie czy nie- ja tam jadę. Jest ogólnoświatowa konfederacja szefów agencji wywiadowczych a ja jako jeden z czołowych szefów muszę tam być. Wy róbcie, co chcecie, ale nie zabraniajcie mi tam jechać, bo jak już mówiłem, jadę.
- Szefie, przecież to nie poważne- pokręciłam przecząco głową. On serio nie rozumie, jakie to niebezpieczne! Przecież ten ostatni zamach- omal nie zginął, dobrze, że wypadł mu portfel, bo byłoby po nim!
- Sylvia, wiem, że się martwisz, ale spokojnie, ja dam sobie radę.
-Nie jestem tego pewna- spojrzałam znacząco na szefa- Chcę tam jechać z panem.
- Nie ma mowy- zaprzeczył gestem dłoni, ostatnio to jego tik jakiś- Tu jest bezpieczniej niż tam.
- To samo mówimy panu- zauważył Z- A pan jest uparty i tam jedzie.
- Dzieci- zaczął miłym i spokojnym tonem- Ja jestem już stary, swoje najlepsze lata mam za sobą, ale ona- wskazał na mnie- Ona ma jeszcze czas, żeby zacząć się narażać. Zresztą- machnął ręką- Chwilowo wykorzystała swój limit.
- Mam migrenę- usiadłam na fotelu i zaczęłam masować skronie- Szefie, droga wolna.
- Kiedyś zrozumiesz- powiedział z uśmiechem na ustach- Zatem ja wracam do domu się pakować a jutro niech ktoś odwiezie mnie samochodem na lotnisko.
- Służę pomocą- zaoferowałam się- Wolę mieć pewność, że w całości szef dotrze na lotnisko.

*** 1, 2.12.2013 ***
*** Mr. Hamilton ***

Skoro wszystko spakowane, łącznie z legalną bronią i pozwoleniami, muszę zrobić kolejną rzecz. Usiadłem przy biurku, wyjąłem z szuflady mój ulubiony zeszyt, wydarłem jedną kartkę i położyłem przed sobą. Chwyciłem pierwszy lepszy długopis, z jakiegoś supermarketu, i włączyłem. Postanowiłem napisać list, coś w rodzaju testamentu. Nie jestem głupi, swoje przeżyłem i znam Sofię. Ona na pewno coś szykuje, a ja muszę być zabezpieczony i chcę wiedzieć, że gdy ja odejdę to agencja nie będzie w rozsypce. Nie piszę daty, to bezsensu, po prostu wpisałem u góry Londyn i zjechałem niżej by napisać ‘drodzy agenci’. Westchnąłem. To najcięższe zadanie w moim życiu.
Gdyby Sylvia wiedziała, co właśnie robię- nakrzyczałaby na mnie. Ale ona nie rozumie. Zrozumie później.
Zacząłem pisać najpierw przeprosiny, od tego muszę zacząć.
Co ma być to będzie, wychodzę z założenia, że skoro ja umrę to nikt inny nie- oby Sofia planowała jedynie moją śmierć. Kto wie, co siedzi w głowie tej kobiety.
Gdy skończyłem pisać przeczytałem wszystko od początku. Jeszcze tylko podpis i mogę chować list do koperty. Starannie zakleiłem kopertę i schowałem do teczki.
Postanowiłem wreszcie położyć się spać, jutro czeka mnie lot, już teraz czuję mdłości. Przebrałem się w piżamę, zszedłem na dół do salonu, by ucałować żonę na dobranoc i wreszcie postanowiłem zasnąć.
Rano obudził mnie budzik, jest już 7 rano a Sylvia będzie tu za pół godziny. Szybko przebrałem się w najlepszy garnitur i zszedłem na śniadanie.
- Cześć kochanie.
- Cześć skarbie- ucałowała mój policzek- Jajecznica z cebulą?
- Chętnie. Dzieciaki już w szkole?
- Nie, dzisiaj mają później lekcje, nie zapominaj, że jest czwartek.
- Pamiętam. I tak, wziąłem leki, nie musisz się upewniać.
- Ja się tylko troszczę – pomasowała mnie delikatnie po plecach i wróciła do robienia śniadania. Cudowna kobieta. Kocham ją nad życie i naprawdę ciężko mi z myślą, że być może właśnie opuszczam ją na zawsze. Przywdziałem normalny uśmiech na twarz i przyglądałem się jej ruchom.
- Kochanie, ktoś dzwoni- usłyszałem głos żony przez śmiech, zapewne się zagapiłem- Pewnie Sylvia.
- Tak tak, już- czym prędzej wstałem i poszedłem otworzyć drzwi- Punktualna jak zawsze.
- Wiadomo – uśmiechnęła się delikatnie- Zaczekam w samochodzie.
- Wejdź do środka, tam zmarzniesz- posłała mi swoje spojrzenie, wiem, że ma tam ciepło, ale mimo wszystko sama nie będzie siedzieć- Nawet nie odmawiaj, Sandy chce Cię zobaczyć.
- No dobrze- z ociąganiem weszła do środka, starannie otrzepała buty ze śniegu i poszła za mną do kuchni.
- Dzień dobry- przywitała się grzecznie- Co tak pachnie?
- Dzień dobry. Jajecznica dla Alfreda.
- Szef jeszcze nie jadł? Niedługo lot, znowu mnie będzie pan poganiał- założyła ręce na wysokości piersi.
- Tym razem zdążymy na czas na odprawę, obiecuje- uniosłem dwa palce do góry, obie się zaśmiały.
- Czyli nie zdążymy na czas- podsumowała i usiadła.
- Proszę, smacznego- nareszcie coś zjem, dawno nie jadłem domowych śniadań, całe dnie w agencji jednak dają popalić i człowiek tęskni za domem.
Szybko pozbyłem się swojego śniadania, kawa także szybko została wypita. Sylvia jak się boi, że nie zdążymy zaczyna stukać palcami a teraz to zaczęło mnie denerwować.
- Możemy jechać.
Ubrałem na korytarzu buty, płaszcz i szalik a następnie chwyciłem walizki. Sylvia już otworzyła drzwi i przytrzymała je, bym łatwiej wyszedł z domu. Sandy zamknęła je za mną, podeszła za nami do samochodu, Sylvia otworzyła bagażnik, pomogła włożyć walizki. Wsiadła do samochodu i odpaliła, zapewne włączyła też ogrzewanie. Ja miałem chwilę na pożegnanie się z żoną.
- Mam nadzieję, że szybko wrócisz z tej delegacji- powiedziała poprawiając mi szalik- Dzieciaki za bardzo będą tęsknić.
- Spokojnie, będę pewnie już za tydzień.
- No dobrze, udanego lotu- pocałowałem ją z uczuciem, to nie rozstanie, to tylko.. no właśnie.. pożegnanie.
- Kocham Cię.
- Ja Ciebie też skarbie.
Gdy odjeżdżaliśmy machała nam a chwilę później zniknęła mi z widoku. Włączyłem radio, żeby nie było za cicho.
- Szefie- zaczęła dość niepokojąco spokojnym głosem- Wiem, co szef kombinuje.
- Sylvia ja..
- To odważne- stwierdziła a ja zamilkłem.
- Przecież jadę tylko na konferencję- mam nadzieję, że nie zna mojego planu i nie wie, że ja jestem przygotowany na wszystko.
- Niech szef da spokój- prychnęła- Innych da się łatwo oszukać, ale ja pana znam zbyt dobrze. Sama bym tak postąpiła.
- Życie to pasmo niespodzianek, wiesz?- usiadłem wygodniej w fotelu- Czasem po prostu trzeba pozwolić pewnym rzeczom się wydarzyć.
- Wiem- i na tym skończyła się nasza rozmowa. Całą drogę na lotnisko przebyliśmy w ciszy, żadne słowa nie były potrzebne i oboje to wiedzieliśmy. Sylvia pomogła mi z jedną walizką, uparta dziewczyna.
- Musimy iść do wyjścia B209.
- Skąd wiesz?
- Pytałam- uśmiechnęła się grzecznie i ruszyła przodem. Ciekawe, od której nie śpi.
- Sylvia- postanowiłem wreszcie przekazać jej list- Zapomniałem czegoś zostawić w biurze, mogłabyś to tam zawieźć?
- Pewnie- wzruszyła ramionami. Z torby na ramię wyjąłem kopertę, była duża biała- Kiedy ją otworzyć?- ona zawsze wie, co ja robię. Zna mnie zbyt dobrze, ma racje.
- Będziesz wiedziała kiedy- podałem jej kopertę.
‘ Pasażerowie lotu 758 proszeni są o skierowanie się na odprawę do wyjścia B209’
- Chyba na pana czas- skierowała na mnie swój smutny wzrok- Proszę się tam pilnować. I nie jeść czekoladek z hotelowego lobby.
- Dobrze- zaśmiałem się i przytuliłem dziewczynę.
- Będę tęsknić.
- Ja też.
Ruszyłem na odprawę i już po chwili siedziałem na swoim miejscu w biznes-klasie. Akurat zaczął sypać śnieg, gdy wzlatywaliśmy w powietrze.
Godzinę później byłem już na postoju dla taksówek w Bristolu. Tutaj już śnieg nie sypie, na szczęście. Złapałem pierwszą lepszą taksówkę.
- Do hotelu ‘Lampart’.
Jazda tam trwa jakieś 30 minut, to najlepszy hotel w mieście. Idealny do zjazdów. Zresztą miejsce musi pomieścić ponad 200 osób.
Jak znalazłem się na miejscu ruszyłem do lobby, odebrałem klucz do pokoju i skierowałem swoje kroki do windy. Nie minęła chwila a już byłem w swoim pokoju i podziwiałem widoki z siedemnastego piętra.
Mam jeszcze godzinę do spotkania. Obejrzę dokładniej hotel, nie mogę się nudzić.
- Drodzy zgromadzeni- rozbrzmiał głos naszego obecnego przewodniczącego, Reynard’a Benson’a- Witam na osiemdziesiątym dorocznym zebraniu zarządu agencji. Cieszę się, że zjawiła się większość zaproszonych. W imieniu swoim i Rady chciałbym przywitać pana Alfreda Hamiltona, który kieruje najlepszą agencją na świecie, ma najlepszą wydajność, gratuluję- oklaski, więc wstałem i skinąłem głową- Jest z nami też prezydent Interpolu, który opowie państwu o ostatniej dość niebezpiecznej misji oddziału pana Hamiltona. Panie McCall- zszedł z podestu i zajął miejsce w pierwszym rzędzie. Prezydent McCall opowiedział pokrótce, jakie było zagrożenie i opowiedział o przedsięwziętych krokach. Wtedy dotarło do mnie, że Sofia nie jest tą samą osobą, co kiedyś. Że teraz jest naprawdę niebezpieczna.
Po dwóch godzinach nastąpiła przerwa. Wyszedłem z Sali Konferencyjnej i udałem się do hotelowego baru. Zamówiłem kawę z mlekiem i zająłem miejsce przy oknie. Chwilę samotności przerwał mi jakiś młody chłopak.
- Pan Hamilton?- zapytał uprzejmie.
- Tak, w czym mogę pomóc?
- Pan McCall prosi pana na rozmowę, jest w gabinecie na końcu korytarza po lewej. Mówi, że to pilne.
- W takim razie prowadź- wstałem z miejsca, zostawiłem filiżankę, przecież zaraz tu wrócę.
O czym McCall chce ze mną rozmawiać? Może ma informacje o tych pogróżkach? Całkiem prawdopodobne.
Szedłem za chłopakiem aż do drzwi o numerze 11, napisane było Pokój Biurowy.
- Proszę zapukać dwa razy i wejść- i zniknął za rogiem. Zapukałem a następnie wszedłem. W pomieszczeniu było dwóch mężczyzn, pewnie ochroniarze, biurko przy ogromnym oknie i fotel odwrócony tyłem.
- Prezydencie McCall, o czym chce pan porozmawiać?
I wtedy fotel się obrócił. A na nim siedział nie kto inny jak Sofia. Jak ja jej dawno nie widziałem. Zmieniła się.
- Witaj Alfredzie- typowe dla niej, przywitała się po rosyjsku.
- Co tu robisz? O ile wiem, nie jesteś już w zarządzie agencji. Żadnej.
- Przyjechałam się przywitać. A Ty traktujesz mnie, jak powietrze- spojrzała na mnie i w jej oczach widziałem jedynie wściekłość.
- Witaj- podszedłem bliżej i usiadłem na jednym z dwóch krzeseł- Co Cie sprowadza do Bristolu?
- Stęskniłam się za agencją. A dzisiaj mam możliwość poznania agentów z każdego kraju, jak za dawnych dobrych czasów.
- Ktoś wie, że tu jesteś?
- Kilka osób. Teraz także Twoja agencja- powiedziała, gdy zerknęła na laptop.
- Pozdrów ich- wysiliłem się na miły ton.
- Zdążyłeś się z nimi pożegnać?- zapytała poczym wstała i podeszła do mnie- Oczywiście rozumiesz, że już nigdy ich nie zobaczysz?- nie zareagowałem- Pójdziesz z nami, żadnych fałszywych ruchów, bo zginiesz nie tylko Ty, ale też inni, którzy będą w zasięgu. Jasne?
- Prowadź- wstałem i dzielnie patrzyłem w jej ciemne oczy.
- Tak bardzo gotowy na śmierć- wysyczała przez zęby.
- Zawsze gotowy na wszystko- powiedziałem nim się opamiętałem.
- Nasze motto- jej wyraz twarzy się zmienił- Tyle lat a Ty nadal pamiętasz.
- Nie dajesz o sobie zapomnieć- podeszła bliżej i dłonią dotknęła mojego policzka.
- Kochałam Cię a Ty mnie zawiodłeś. Gwarantuję Ci, że nawet po śmierci o mnie nie zapomnisz.

Opuściliśmy pomieszczenie, Sofia szła przodem, jej płaszcz ciągnął się po ziemi. Mijaliśmy agentów, ale nikt o nic nie pytał, tylko się uśmiechali i szli dalej. Oni nie mają pojęcia o niczym, lepiej ich nie mieszać. Wyszliśmy zewnątrz, chłód przeniknął moją marynarkę i koszulę. Na parkingu przed hotelem stał duży czarny SUV, otworzyli przede mną drzwi i wepchnęli na tylne siedzenie. Obok mnie usiedli ci dwaj goryle, pilnują, żebym nie uciekł. Ale ja nie mam zamiaru uciekać.
Samochód powoli wyjechał z parkingu. Jechaliśmy na południe, główną drogą krajową. Albo pojedziemy do Londynu albo do Liverpoolu. Cały czas obserwowałem drogę do momentu aż nie nałożono mi worka na głowę. Droga w ciemności dłuży się niesamowicie. Ale się nie boję. Umrę pogodzony z losem.

                                                                                                                    

CZYTASZ = KOMENTUJESZ :)

12 października 2014

57.


*** 21.11.2013 ***
*** Sylvia ***

Cholerne korki, czemu akurat dzisiaj? Czemu?
Najważniejszy dzień w moim życiu a to cholerne miasto się buntuje!
Muszę być przed 9.30 inaczej mój test się nie odbędzie. Ani teraz ani nigdy. Jest 9.17 a korki wydają się być w całym mieście. A jeśli to część testu? Trevor mówił, że Z lubi bawić się swoim sprzętem..
No pewnie! Że też na to nie wpadłam. Wszędzie ustawili czerwone światła, żebym nie zdążyła. Zapewne po drodze do agencji czeka mnie jeszcze więcej pułapek. Wysiadłam z samochodu wziąwszy wcześniej moją torbę i zamknęłam samochód. I po co ci idioci na mnie trąbią?
Przebiegłam slalom samochodów i co dziwne, zauważyłam kilka rządowych, znaczy agencyjnych. Oh więc dla nich to świetna zabawa. Extra.
Dobiegłam do mostu i postanowiłam zrobić najgłupszą rzecz na świecie. Weszłam na mur i zaczęłam po nim iść prosto. Jak jechałam to zauważyłam płynący jacht, który teraz znajduje się w odległości jakichś 6 metrów ode mnie. Najszybciej jak mogłam biegłam wąskim murkiem aż dotarłam na miejsce. Wzięłam głęboki oddech, pomyślałam o najważniejszych osobach w moim życiu i skoczyłam. Wpadłam niestety pod pokład. Moje biedne kości..
- Nic Ci nie jest? Czemu skakałaś z mostu?!- jakiś koleś, na oko 35 lat zszedł na dół i pomógł mi wstać.
- Spieszę się. Ma pan motorówkę?
- Tak, jest przypięta przy ster burcie.
- Mogę pożyczyć?- zrobiłam minę szczeniaczka a koleś po chwili wahania dał mi kluczyk- Dziękuję. Oddam w dobrym stanie.
- Dbaj o Sisi – rzucił mi podenerwowane spojrzenie i wyszedł za mną na górę. Obserwował moje poczynania- Znasz się na tym?
- Nie- zaśmiałam się cicho ale silnik odpalił, bingo- A może umiem. Zobaczymy.
Przetestowałam gaz i hamulec, działają, więc czas na mnie. Muszę dopłynąć do pomostu a stamtąd szybko pobiec do ukrytego wejścia przy parkingu. Super nie? Mam 10 minut.
Czym prędzej uruchomiłam małą maszynę i już śmigałam na wodzie niczym zawodowiec. Co z tego, że to zabójcza prędkość i jest tylko jedna jedyna dobra chwila by zatrzymać pojazd i wysiąść. Co to dla mnie?
Przywdziałam na twarz mój ulubiony uśmiech, jestem pewna siebie, więc cóż, delektuję się tą chwilą. Widzę pomost, za jakieś 2 minuty tam będę. Przyspieszyłam odrobinę, nie mogę stracić kontroli nad maszną, to ostatnie czego potrzebuję. Mostek był coraz bliżej, a więc ja cieszyłam się coraz bardziej. Gdy tylko motorówka uderzyła w drewno wyskoczyłam jak torpeda i nie minęła sekunda a ja już biegłam. Musiałam wbiec na główną ulicę by stamtąd dobiec do agencji. Mam 8 i pół minuty na pokonanie odcinka około kilometra. Dam radę. Dam?
Pobiegłam do najbliższych pasów, zdążyłam się zorientować, że ciągle jest czerwone, więc dotknęłam ręką panel a wtedy dostałam szału. Wszystkie światła zmieniły kolor na zielony, nawet te na przejściu dla pieszych. Z, aż tak bardzo mnie nienawidzisz???
Odsunęłam się trochę, żeby sprawdzić teren i znaleźć ewentualne wyjścia. Nic. Cholera! 7 i pół minuty.
Myślałam i myślałam, aż wpadłam na coś. Wczoraj Max, mój trener, powiedział, że dzisiaj na test mam przynieść kilka swoich zabawek. Zdjęłam z ramienia torbę i zaczęłam szukać. To się nie przyda, scyzoryk też, tamto też, a to .. bingo. Kolejny uśmiech z mojej strony. Jak ja uwielbiam jak oni mnie tak sprawdzają.
Weszłam na murek mostu i sprawdziłam odległość między mną a pierwszą konstrukcją a między konstrukcją 1 a konstrukcją 2. Mam nadzieję, że zdążę uruchomić drugą linę, gdy będę lecieć. Cóż, to się okaże.
 Wzięłam kolejny głęboki oddech i wystrzeliłam linkę, która mocno obwiązała się wokół metalowej konstrukcji. Rozpędziłam się i skoczyłam a lina zatoczyła wielki łuk i dzięki niej znalazłam się już na środku czteropasmowej ulicy, szybko wystrzeliłam drugą linę a ta w ostatniej chwili dotarła do konstrukcji i pociągnęła mnie mocno. Nie wyrobiłam, to oczywiste, upadłam na chodnik. A uściślając to poturlałam się, znam sposoby na dobry upadek. Podniosłam się i otrzepałam, poprawiłam torbę i ruszyłam biegiem w kierunku parkingu. Zostały mi 4 minuty. Dobiegnę w 3 a minuta zostaje na wjazd windą. Czy tam też coś przygotowali?
Nim się obejrzałam znalazłam się przy drzwiach i już byłam w środku. Pełno samochodów a ja muszę szybko dobiec do windy i wjechać na 3 piętro. Zachowałam czujność i ostrożność i jakoś udało mi się dobiec do windy. Kliknęłam przycisk i drzwi się rozsunęły. Okey, więc jest łatwo. Przestąpiłam nogą do przodu, ale natrafiła ona na pustkę. Nie ma podłogi! Z!
Czym prędzej drugą nogą odepchnęłam się od podłoża i skoczyłam na ścianę, która na moje szczęście ma poręcz. Tylko jak teraz kliknę numer piętra?!
Myśl, Sylvia, myśl… Hmmm… Nie, to też nie, nic! Kurwa!
A wtedy mnie olśniło. Przecież mam specjalne rękawice w torbie, przyczepne do każdego metalowego podłoża. Ale muszę się streszczać używając tylko jednej ręki. Przecież nie chcę spaść. Wyjęłam najpierw jedną i założyłam a potem drugą i już miałam plan jak dotrzeć na miejsce. Lewa ręka zatoczyła duży łuk by znaleźć się na prawej ścianie windy, a za chwilę prawa ręka do niej dołączyła. Tak, teraz wiszę nad dziurą. Niech to zanotują, moje dzieci muszą wiedzieć, jakie piekło tu przeszłam. Głupie testy. Powoli odrywałam to jedną to drugą rękę, aż wreszcie znalazłam się przy panelu i kliknęłam trójkę. Jak myślicie, że podłoga się pojawiła to jesteście w błędzie. Nadal wiszę.
-‘Piętro trzecie. Siłownia. Sale treningowe’
Drzwi się rozchyliły a ja skupiłam całe swoje siły by się rozbujać i wyskoczyć z windy. Gdy mi się to udało wylądowałam na zgiętych nogach, powoli i z gracją podniosłam się i otarłam pot z czoła. Nie zastałam nikogo. To dziwne. Zerwałam się z miejsca i pobiegłam do Sali 7, tam zazwyczaj są testy na wyższy stopień. Otworzyłam drzwi a tam jak w jakiejś świątyni. Ring, otoczony czterema pochodniami. Wokół trybuny wypełnione ludźmi, agentami. Cholera, oni to bardzo poważnie biorą.
- Witaj agentko 315- usłyszałam wokół siebie rozchodzący się głos Maxa.- Zdążyłaś w samą porę.
- Byłabym wcześniej, ale coś mnie zatrzymało- usłyszałam pojedyncze śmiechy- Możemy zaczynać?
- Czeka Cię pięć rund- głos nadal kontynuował- Każda będzie trudniejsza od poprzedniej i w każdej możesz wybrać sobie broń. Oczywiście dopuszcza się używanie tej samej broni w kilku rundach.
- Okey, to zaczynajmy- podeszłam do ringu, gdzie czekał na mnie Trevor i kilku chłopaków. Rzuciłam torbę, poprawiłam kucyk i weszłam na podest.
- Dobra, pierwsza runda zaraz się zacznie, wybierz broń- rzucił jakiś agent, znajomy Trevora.
- Chcę kij bejsbolowy.
- Co?- chłopaki spojrzeli na mnie jak na wariatkę- Nie wygrasz tym.
- A założymy się?- uniosłam jedną brew- Dawać ten kij. Kto jest moją pierwszą ofiarą?- zaczęłam się szatańsko śmiać.
- Powoli zaczynam się Ciebie bać- odparł Trevor.
- Nie jesteś jedyny- uśmiechnęłam się do niego i wstałam, podano mi moją broń- Szkoda, że nie jesteś Emmą- szepnęłam i w myślach układałam plan walki. Przecież ja nie dam rady..
- Czas na pierwszą walkę!- rozbrzmiał głos Maxa, który rozjuszył tłum. Przynajmniej ktoś się dobrze bawi.
Wdech, wydech i wychodzę na środek ringu. Tam stoi już agent 299, dzisiaj sędzia. A tak chciałam go zranić. Poznać! Znaczy, poznać!..
- Twoim pierwszym przeciwnikiem jest Twój trener.
- Extra- powiedziałam pod nosem, co nie uszło uwadze 299, który się szeroko uśmiechnął- Zaczynamy?- powiedziałam zniecierpliwiona.
- Zaczynamy!!!- wszyscy zaczęli krzyczeć, niektórzy wspierali mnie a inni Maxa. Max ubrany był w czarne bokserskie spodenki i białą bokserkę, która opinała się na jego mięśniach brzucha. Nie ma broni. Jak to?
Zaczęliśmy chodzić w kółko aż wreszcie postanowiłam wykonać pierwszy atak. Wkońcu atak jest najlepszą obroną, nie?
Nawet nie wiecie, jaki to był błąd. Podczas, gdy ja wykonywałam swój cios Max wyjął zza pleców dwa nunchaku. Najpierw odparł mój atak a następnie zaatakował moją rękę trzymającą kij. Udało mi się go utrzymać w ręce, ale już za chwilę leżałam na ziemi, bo z nerwów stałam się nie uważna i nie zauważyłam, co zaraz zrobi. Umiem przewidzieć jego następny ruch, ale nie teraz, nie w tym stresie!
- No wstawaj!
Podniosłam się z podłogi i z nadzieją w oczach zerknęłam na kij. Czy mam szansę nim wygrać?
Pomyśl, że to Emma- szepnął jakiś głosik w mojej głowie.
No właściwie, to niezła myśl.. Uśmiechnęłam się szerzej i kątem oka zauważyłam, że Max odrobinę się cofnął. On już wie, że ta runda jest dla niego stracona.
Kilka następnych minut to były moje ataki, ciosy powalające na kolana, dosłownie. Czułam przypływ sił a mój trener nie był w stanie odparować żadnego ciosu. Co prawda mi samej było ciężko czasem utrzymać broń, nie ukrywajmy kij nie jest leciutki. Max kilka razy próbował atakować, ale unikałam jego nunchaku jak ognia. Ostatni ruch, cios w czuły punkt na plecach Maxa i leży na ziemi.
- Pierwszą rundę wygrywa agentka 315!!!- wiwaty i okrzyki radości. A ja jestem zasapana i zmęczona. Teraz dopiero odezwały się mięśnie rąk, które w windzie utrzymywały cały mój ciężar. Cholera! Jeszcze 4 walki a ja już siadam.
- Sylvia, wow, to było niezłe- pochwalił mnie Trevor- I teraz na serio się Ciebie boje, bo widzę co umiesz robić z każdą rzeczą.
- Dzięki- wzięłam od niego butelkę z wodą- Nie wiem, co będzie dalej, ale nie dam rady walczyć kijem.
- Wiedziałem, że to powiesz, dlatego przyniosłem coś fajnego- odwrócił się i sięgnął po torbę, wyjął z niej sprzęt. Serio, skakanka?
- Uderzyłeś się w głowę?
- Nie- odparł zmieszany- To dobra broń. Poręczna i da radę obezwładnić przeciwnika.
- Niby jak?- w sumie, po co pytam, i tak to wezmę. Nie mam sił walczyć, Max mnie zmaltretował..
- No więc..
- Dobra nie zaczynaj, biorę to, a co tam.
- No to wstawaj i walcz!
Zrobiłam, co powiedział i czekałam na 299, który ma zapowiedzieć kolejną rundę. Ludzie zaczęli szeptać, tak śmiejcie się ze mnie, ale to ja was zabiję a nie ktoś inny!
- Runda druga! Zapraszam na środek- podeszłam do niego- Twoim drugim przeciwnikiem będzie agent 415!
Aż zaczęłam się śmiać, przysięgam to najbardziej absurdalne, co tu się dzieje. Zmieszany Ben podszedł do nas a ja nie potrafiłam się opanować. No na serio, tu chyba jakiś gaz rozweselający rozpylili.
- Ja mam walczyć z agentem pierwszego stopnia? To żart, tak?- nadal się śmiałam.
- Walczysz czy się poddajesz?- zapytał mnie 299 a wtedy się uspokoiłam.
- Jasne, że walczę- odsunęłam się trochę od nich i stanęłam w bojowej pozycji. Jak ja kurwa dam mu radę skakanką?!

5 minut później leżałam na ziemi przygnieciona ciężarem ciała Bena. On nie ma litości dla kobiet, frajer. Próbowałam się jakoś podnieść, ruszyć go, ale nic. Nagle przyszedł mi do głowy pewien pomysł.
- Ben słuchaj, ja to muszę wygrać- szepnęłam- Pocałuję Cię, jak dasz mi fory.
Nieznacznie się przesunął, umożliwił mi tym wciśnięcie nogi między jego, skorzystałam z tego i już po chwili zrzuciłam go z siebie i odepchnęłam w bok. Sturlał się aż na krawędź ringu. Jakby spadł to bym wygrała, ale nie! On nie pozwoli mi tak łatwo wygrać.
Chwyciłam leżącą skakankę i zrobiłam z niej coś na kształt nunchaku, trochę umiem się tym posługiwać. Ben z dziwnym uśmiechem zbliżał się do mnie, zrobiłam szybki unik i skakanką chwyciłam go za nogę a następnie obróciłam linkę w lewo a on się obkręcił. Zamachnęłam się nogą, kopnęłam go w prawe kolano, upadł a wtedy kopnęłam go lekko w bark, leżał na ziemi. Wygięłam mu ręce do tyłu i związałam kawałkiem skakanki a następnie przywiązałam mu ręce do nóg. Ludzie bili mi brawo a on szarpał się z moimi węzłami. O nie skarbie, to jeden z najlepszych węzłów marynarskich , nie uwolnisz się tak łatwo.
- I kolejne zwycięstwo dla agentki 315!
Zeszłam z środka ringu i usiadłam z ulgą na krzesełku, które podstawił Trevor.
- Nie dam rady dalej- wykrztusiłam wreszcie- Jestem wykończona.
- Weź dobrą broń to pójdzie Ci sprawniej- doradził- Kolejny przeciwnik nie jest łatwy, lepiej wybierz mądrze broń.
Ciekawe, kto jest kolejnym.. No kurde, ja dopiero co wróciłam do służby a oni mnie tu katują jakby wcale niedawno nie była w szpitalu. Faceci, dla nich każda okazja do walki jest dobra, nawet jak przeciwnik jeszcze miesiąc temu nie mógł chodzić.
Mam 8 minut przerwy, muszę w tym czasie wymyślić broń i strategię do niej. Ale nic nie przychodzi mi do głowy..
- Trevor, poleć mi jakąś broń, ja nie mam dzisiaj głowy do myślenia.
- Nie musisz mieć broni, jeśli nie chcesz- zaczął nawijać- Ale skoro jesteś zmęczona to zbyt dużo nie zrobisz. Może ponownie użyć kij i skakanki a z innych broni do wyboru jest cienki i długi kij, nunchaku, proca, kulki..
- Kulki?- zdziwiłam się.
- No tak, kulki- podrapał się po karku- Na palcach masz założoną gumę a w niej są kuleczki, one są małe ale dość mocne, dodatkowo ta guma jest rozciągliwa.
- Zaczyna się robić ciekawie..- stwierdziłam poczym wyszłam na środek. Mam dobrą broń, dam radę każdemu. Odpocznę i będę mogła też walczyć bez użycia broni. Kolejnym przeciwnikiem był agent 256, dobry w walce wręcz a nie na broń. Szybko go powaliłam krótkimi atakami kuleczek i kopnięciami. Przedostatnim rywalem okazał się instruktor karate, Jui Lin, ma jakieś 40 lat, ale jest sprytny i szybko aklimatyzuje się w każdym miejscu, dostosowuje się do przeciwnika. Niestety nie docenił mnie, jeden jego zły ruch i leżał na macie z mrowieniem w rękach i nogach. Nie pytajcie, nie chcecie wiedzieć.
- Czas na ostatnią rundę! Oto Twój przeciwnik- na ring wyszedł szef, Sir Alfred Hamilton.
- Szefie?- spojrzałam na niego zaskoczona.
- Nie poddawaj się tak łatwo, dziecko- zaśmiał się lekko.
- Niech mi szef wybaczy każdy mój krok- szepnęłam i odrzuciłam moje kulki, jestem bez broni a on też odrzucił swoją. Skoro można korzystać z każdej broni, a ja mam świetną broń w kombinezonie to.. Na lewej ręce mam specjalny panel, ma 3 guziki. Pierwszy od góry to strzałki usypiające, drugi guzik to strzałki paraliżujące a trzeci to strzałki namierzające. Kliknęłam przycisk drugi i trafiłam szefa w lewą rękę, opadła mu swobodnie.
- Zapomniałem, że nadal używasz swoich zabawek- zaśmiał się cicho, ale ruszył na mnie szybkim i zdecydowanym ruchem, wystrzeliłam kolejną strzałkę, tym razem trafiłam w nogę. Upadł a wszyscy wstrzymali oddech. Musi leżeć na plecach, więc podeszłam do niego i swoją lewą nogę oparłam na jego prawym barku i pchnęła  a on za chwilę leżał na macie.
- Gratulacje agentko 315- zaczął Max- Dzięki sile i sprytowi a także inteligencji udowodniłaś, że zasłużyłaś na wyższy stopień. W imieniu sparaliżowanego szefa i swoim własnym oświadczam, że uzyskałaś 4 stopień. Należysz do grona osób, które mogą zasiadać w Radzie. Gratulacje!- usłyszałam okrzyki radości, wszyscy wiwatowali, ale czemu nie czuję, że zasłużyłam?..

Po skończonej walce poszłam do szatni, muszę się wykąpać, przecież cuchnę. Odłożyłam moją torbę na ławce przy szafce a z szafki wyjęłam mój ręcznik, żel pod prysznic i szampon. Udałam się pod prysznice i puściłam gorącą wodę. Muszę zmyć z siebie to dziwne uczucia. Ale za cholerę nie mogę. Myślę o tym, że nie zasłużyłam. I czuję się winna, bo oszukałam, nie? Użyłam moich strzałek.. A szef nic nie powiedział na ten temat i zastanawiam się, co o tym myśli tak naprawdę.
Próbowałam zmyć z siebie poczucie winy, ale nie szło. Ani za pierwszym razem ani za drugim ani za trzecim.. Nawet nie wiem, kiedy zaczęłam płakać! Cholera! Oparłam się o chłodną ścianę i zjechałam po niej na dół. Woda leci coraz cieplejsza a ja .. nawet tego nie czuję.
Co się ze mną dzieje?!

Czym prędzej wstałam, otarłam łzy i skończyłam to, co zaczęłam. Muszę się umyć. Jak tylko skończyłam wyszłam z łazienki otulona ręcznikiem. Stojąc przy szafce suszyłam się i starałam ochłonąć. Przecież jak wyjdę stąd to agenci zwalą mi się na głowę i muszę udawać dumną z siebie, chociaż tak nie jest.
Ubrałam bieliznę i skarpetki a następnie zarzuciłam na siebie białą koszulkę. Gdzie moje spodnie? Zaczęłam szukać najpierw w torbie, ale tam tylko mój kostium. W szafce jakieś rupiecie, no kurde. Nie zaczęłam panikować, jasne? Po prostu nerwowo szukałam tych głupich spodni. Minęło 15 minut a ja nadal ich nie mam. Oparłam dłonie na kolanach a wtedy je znalazłam, leżały spokojnie pod ławką. Paranoja jakaś, czy ja robię się coraz gorszym agentem?.. Nie no to chyba normalnie, nie, każdy ma taki początek, czy powrót po dłuższym czasie. Nie?

Wyszłam przebrana z szatni i podeszłam do windy. Gdy drzwi się otworzyły weszłam powoli i nadusiłam przycisk 0, i już drzwi się zamykały gdy usłyszałam krzyki ‘stop!’. Wysunęłam stopę do przodu by je zatrzymać. Ktoś wsiadł do windy i dopiero gdy stanął przodem do mnie zauważyłam, kto to. Ben.
- O, cześć- powiedział radośnie.
- Cześć.
- Dałaś czadu dzisiaj- oparł się o ścianę.
- Nie dałabym sobie rady bez Ciebie- Westchnęłam a on podszedł bliżej- Wiesz, wykorzystałam Twoją słabość. Przepraszam.
- Nic nie szkodzi- cały czas się uśmiechał- Dla Ciebie i tak zrobiłbym wszystko.
- Dzięki za pomoc. I chyba jestem Ci coś winna- spojrzałam na niego niepewnie a on się zarumienił.
- Nie musisz- powiedział trochę się jąkając.
- Powiedziałam ‘a’ to muszę powiedzieć ‘b’- podeszłam do panelu i zatrzymałam windę, nie chcę, żeby otworzyła się w złym momencie. Stanęłam przodem do niego i musiałam stanąć na palcach żeby w ogóle sięgnąć jego ust. Nawet nie wiecie, jaki przeżyłam szok, gdy tylko dotknęłam jego ust. Były takie miękkie, delikatne i.. nie wiem jak to określić. Ale podobało mi się. Podeszłam jeszcze bliżej niego a on nie opierał się, gdy pchnęłam go na ścianę windy. Czy to moja wina, że lubię dominować?
Ja wiem, że to złe, ale.. chyba potrzebuję odskoczni od mojego dotychczasowego życia. Nie jest mi źle z Harrym, naprawdę, ale miło wiedzieć, że są też inne osoby, przy których czuję się wyjątkowo. No a całowanie to tylko czynność, nie jest żadną obietnicą.
Odsunęłam się do niego powoli a on wciąż miał zamknięte oczy. Zaśmiałam się cicho a wtedy je otworzył.
- Dziękuję- powiedział cicho a ja przycisnęłam przycisk i winda dalej jechała w dół.
Na dole tak jak się spodziewałam było mnóstwo agentów, każdy gratulował a ja tylko szłam dalej do wyjścia, myśląc o podwójnym poczuciu winy, które mnie właśnie dobija. Ugh, nienawidzę mieć uczuć. Wolałam moją pustą i bezuczuciową duszę.
                                                                                                                 
CZYTASZ = KOMENTUJESZ ;)

20 września 2014

56.

Czasem życie nas zaskakuje. Zazwyczaj to miłe niespodzianki. Zazwyczaj. Jednak zdarza się, że to co ma nadejść nie okazuje się czymś pozytywnym. Mnie co chwilę coś zaskakuje i jak zdążyliście zauważyć trzy czwarte tych rzeczy to negatywy. Czy ja urodziłam się pod pechową gwiazdą?

Jak Ben powiedział mi, o tych groźbach to w pierwszej chwili pomyślałam o jakimś gangu. No bo to się często zdarza, średnio raz na pół roku. Ale nigdy nie wpadłabym na to, że to Zielenko. Przecież ostatnio prawie ją złapaliśmy, mogłaby dać spokój. No ale właśnie- prawie. Może ona nadal szuka zemsty? A teraz ja także jej podpadłam?

- Ben, masz te wiadomości?
- Nie- pokręcił przecząco głową- Musiałem je zwrócić zanim by się zorientowali.
- Szlag- zaczęłam krążyć po sali- Kto oficjalnie wie o tym, co aktualnie się dzieje?
- Szef i kilku agentów 4 stopnia. Żaden nowy, jak ja ani nikt poniżej czwórki nie ma o niczym pojęcia.
- Czyli jakaś poważna sprawa- zamilkłam- Muszę iść pogadać z szefem.
- Nie!
- Bo?!
- Bo się dowie, że ktoś oprócz wtajemniczonych wie i będzie problem.
- Już teraz mamy problem. Jakbyś nie zauważył to jestem jej celem. A nic nie wiem!!!
- Sylvia, proszę, uspokój się.
- Nie- podniosłam rękę, żeby go uciszyć- Ja się dowiem, co jest grane i uratuję szefa przed ta wariatką.

Wyszłam wkurzona z pomieszczenia i na znak mojej frustracji trzasnęłam drzwiami. Mam prawo, jasne?
Skierowałam swoje kroki do windy a potem plątaniną korytarzy wróciłam do Centrum Operacyjnego. Nadal mnóstwo agentów, wszyscy rozmawiają. Tylko jest jedno ‘ale’. Nie ma tu nikogo stopnia 4, 5 czy 6. A już nie wspomnę o braku ludzi z Rady i Zarządu. Poważna sprawa.
Wzięłam głęboki oddech i ruszyłam do twierdzy Z, wstukałam PIN i drzwi ustąpiły a wtedy wszystkie spojrzenia spoczęły na mnie.
- Chcę wiedzieć, co tu się dzieje- i wtedy smutne spojrzenie szefa napotkało moje zdenerwowane i czujne.
- Agentko 315- zaczął jakiś agent, ale Z mu przerwał.
- Będzie lepiej, jeśli stąd wyjdziesz.
- Nie ma mowy. Chcę wiedzieć, co przede mną ukrywacie.
- Sylvia- szef podszedł bliżej- Nie mieszaj się w to.
- Kiedy muszę!- niepotrzebnie podniosłam głos- Ktoś mi grozi a ja nic o tym nie wiem!
- Zacznijmy od tego, skąd to wiesz- jakiś śmieszny agencik zabrał głos.
- Wy macie swoje sekrety, ja mam swoje- uniosłam bojowo jedną brew.
- To informacje poufne- ostrzegł mnie.
- Moje także są poufne agencie.
- Wyjdź- o nie kolego, do mnie takim tonem mówił nie będziesz. Już miałam wyciągnąć broń, kiedy u mojego boku pojawił się Z i przytrzymał mi rękę.
- Szefie, skoro już tu jest to niech się dowie- teraz mnie bronisz? Wyrwałam się i odsunęłam od niego.
- Dobrze- głęboko westchnięcie oznacza, że nie chce, ale musi. Wybacz szefie..
- Chodź tędy- Z gestem ręki kazał mi za nim iść do głównego komputera- Od września dostajemy dziwne listy, tu masz wyświetlone wszystkie chronologicznie- na ekranie pojawiły się notatki z kodami- Oczywiście były zaszyfrowane, całkiem prosto, co zwróciło naszą uwagę. Odczytaliśmy większość, ostatnio dostajemy coraz trudniejsze szyfrowania. Dodatkowo musimy je tłumaczyć, bo są po rosyjsku. Niektóre nie mają sensu, inne znowu brzmią całkiem groźnie. Na przykład ten- kliknął na trzeci od góry i powiększył – ‘Każdemu raz udaje się oszukać przeznaczenie. Ale śmierć nie poddaje się tak łatwo. Zawsze zbiera większe żniwo’.
- Cholera- zbladłam, wiem to- To brzmi.. dziwnie. Na pewno chodzi o mnie, ale czemu większe żniwo?
- Chodzi o mnie, zapewne- szef wreszcie się odezwał- Już raz mnie prawie zabiła, teraz znowu spróbuje.
- Jakie jest prawdopodobieństwo, że włamie się do agencji i spróbuje ją wysadzić?
- Zerowe. Mamy zbyt dobrą ochronę, monitoring działa nawet jak zostanie unieruchomiony. Dodatkowo mam kilka sprytnie ukrytych kamer, także spokojnie. Nie mamy też na pewno żadnej wtyki, sprawdziłem każdego.
- Z, nie możesz być pewien, że ktoś z agencji jej nie pomaga. Agenci są wyszkoleni, by umieć perfekcyjnie kłamać.
- Słusznie, ale mimo to, nie wierzę, że ktoś mógłby jej pomagać.. No i dlatego nie ma tu osób poniżej czwartego stopnia, agentko 315.
- Rozumiem, że tylko ona jest jedyną podejrzaną?- przytaknęli mi- Chciałam się upewnić. Dobra, więc jaki jest plan?
I wtedy nastała cisza. Nikt nie odezwał się ani słowem, nawet nie próbował. Widziałam te ukradkowe spojrzenia, bali się i coś wiedzą. Ale milczą. Czyli nie chcą, żebym brała w tym udział! No extra!
- Szefie, chcę natychmiast zostać poinformowana o przedsięwziętych krokach.
- Przykro mi, ale chyba czas na Ciebie- za sobą usłyszałam otwieranie drzwi- Nie możesz wiedzieć więcej.
- Nigdzie stąd nie idę.
- Sylvia, proszę, nie każ mi siłą Cię stąd wyrzucać. Tym razem to nie misja dla Ciebie.
- Jak najbardziej misja dla mnie! Znam tok myślenia Zielenko- wszyscy wzięli wdech- Wiem, z kim pracuje, jak walczą i na co ich stać. Potrafię przewidzieć ich ruchy. Oczywiście przyda się więcej wsparcia, Ci tutaj sami mogą mieć problem. Ilu was tu jest? Z dwustu?
- Sylvia, nie mieszaj się.
- Obiecałam sobie, że ją znajdę i zniszczę. Nie pozwolę mieszać jej ani mi ani panu w głowie, sir. Jeśli jest szansa na złapanie jej, to z niej skorzystam. Muszę pana ochronić i uratować. Za wszelką cenę.
- Dziewczyno, nie wiesz co mówisz!
- Wiem!- podeszłam do szefa- Poświęciłam się dla chłopaków, uratowałam ich a teraz uratuję pana, gdy grozi mu niebezpieczeństwo. To moje zadanie, do tego mnie szkolono i wywiążę się z obowiązków agenta MI6.
- Jesteśmy z Tobą- usłyszałam głosy za moimi plecami- Masz już swój oddział alfa.
- Trevor? No proszę, Ty chcesz pomagać mi?- zakpiłam.
- Moi ludzie to najlepsza jednostka szturmowa, jasne, że chcę Ci pomóc.
- Oddział beta także zgłasza chęć do udziału w misji.
- Widzisz szefie, wszyscy chcą pomóc Cie chronić. Nie odrzucaj mojej pomocy. Daj się chronić.
- Dziecko- spojrzał na mnie spojrzeniem, którego nie znam- Dobrze, ale obiecaj, że ochronisz także siebie.
- Obiecuję.
- A teraz zbierajmy oddziały gamma, delta, omega i ksi. Potrzeba nam solidnego planu.
- Tak jest szefie!

*** Harry ***

- Uśmiech panowie!
I kolejny raz w ciągu godziny muszę się uśmiechać. Już mnie usta bolą, szczęki nie czuję a oczy zaraz mi wypadną. Jestem potwornie zmęczony. Najchętniej położyłbym się obok Sylvii i zasnął wtulony w jej ciało. Na myśl o niej zawsze czuję się lepiej, ale teraz? Po siedmiu godzinach sesji? Mam dość nawet myślenia. Sama myśl o czymkolwiek mnie irytuje, nic nie poprawia mi nastroju.
- Harry! Wysil się!
W tej sesji najgorsze jest to, że to jakiś nowy tymczasowy fotograf. Załatwili go na teraz, bo jest dostępny i tani. A ja zaraz sobie włosy wyrwę, jeśli jeszcze raz usłyszę jego denny głos.
- No cukiereczki, do garderoby, w nowe ciuchy i robimy zdjęcia dl The Times.
Słucham? Jeszcze sesja?! Jest już po osiemnastej!
- Ja wracam do domu- oświadczyłem i ruszyłem do drzwi wyjściowych.
- Nie tak prędko chłopcze- ja go dzisiaj zabiję!- Sesja kończy się za godzinę.
- Za godzinę to my mamy wywiad w radiu- Liam też jest tym zmęczony, nie dziwię się, że to on zabrał głos.
- W rozpisce mam, że..
- Nie obchodzi mnie Twoja rozpiska!- wrzasnął Niall- Ja muszę wziąć leki i prysznic!
- Idziemy chłopaki- wróciliśmy do garderoby, przebraliśmy się w normalne ciuchy i szybko opuściliśmy to głupie studio. Czekał na nas już samochód, teraz zabierze nas do radia i o 20 będę w domu. Mam nadzieję, że moje słoneczko już wtedy będzie na mnie czekać. Swoją drogą, ciekawe jak jej pierwszy dzień?
- Harry, jestem winny Ci kawę- Zayn parsknął śmiechem.
- A ja piwo- Louis poklepał mnie po plecach- Już miałem rzucić w niego krzesłem!
- Ja myślałem o powieszeniu go- zaśmiał się Li.
- Ja za to chciałem, żeby go prąd poraził- dołączyłem do nich.
- Ale się z nas zrobili bad boy’e. Zaynie, masz konkurencje- szturchnął mulata na co ten się głośno zaśmiał.
- Nie dorastacie mi do pięt, chłopcy- i zaczęliśmy się przepychać. Nie dam się tak szturchać chłopakom!
-ej ej ej, stop!- zakomenderował Lou- Musimy porządnie wyglądać, no wiecie, jeszcze pomyślą, że o nas nie dbają.
- Racja- przytaknąłem- Jestem głodny.
- Ja też stary- Niall chwycił się za brzuch- Niedługo cie nakarmie, nie bądź zły, no nie gniewaj się.
- Nialler, stary, wszystko w porządku?- zaśmialiśmy się.
- Tak, jak najbardziej. Tylko gadałem z kumplem.
- Debil.

*** godzina 19.48, dom rodziny Sykes***

- Harry, zjedz jeszcze trochę makaronu.
- Dziękuję, ale nie dam rady zjeść więcej. Poza tym, trzeba coś Sylvii zostawić.
- Moją córusią się nie przejmuj- zaczął Steve- Ona nie je makaronu z mięsem i sosem brokułowym.
- Ale jestem już najedzony- ton małego dziecka najwyraźniej przyniósł oczekiwane rezultaty, bo zaczęliśmy się śmiać.
- Jak sesja?
- Lepiej nie pytaj Zo, koszmar. Ten fotograf to jakiś oszołom!
- Aż tak źle?- skrzywił się Steve.
- Koleś co pół godziny kazał nam się przebierać! I co chwilę krzyczał ‘Uśmiech chłopcy!’. To było wkurzające.
- Jestem!- usłyszałem jej krzyk z holu.
- A jak w radio?
- Tam było spokojnie. Przynajmniej tam nie było nudno. Trochę się pośmialiśmy, pożartowaliśmy. Oczywiście pytano nas o sesje, to kłamaliśmy.
- Cześć wszystkim- podeszła najpierw do rodziców a potem do mnie- Cześć Loczek.
- No cześć- dała mi słodkiego buziaka, ale krótkiego. Bo rodzice- Jak było?
- Fajnie. Tylko oczy mnie bolą. Komputery nie są dla mnie.
- Moja biedna- chwyciłem ją w pasie i posadziłem sobie na kolanach- Nic ciekawego się nie zdarzyło?
- Nic, niestety- Westchnęłam- A jak Twój dzień.
- Opowiem Ci do góry, co?
- Pewnie, to chodźmy- złapała mnie za rękę i pociągnęła za sobą. Powoli szliśmy do góry a potem do jej pokoju. Zamknęła drzwi i usiadła na fotelu. Westchnęła.
- A teraz mów, co się dzieje.
-Nic się nie dzieje- odpowiedziała spokojnie- Ty mi lepiej opowiedz, jak było u fotografa.
- Najpierw się wygadaj. Widzę, że coś Cie gryzie słońce.
- Harry.. Ugh- zamknęła oczy- Zielenko na mnie poluje.
- Co?- aż bez sił opadłem na łóżko. Znowu?- Czemu?
- Zemsta. Chce też wykończyć szefa.
- Powiedz, że będziesz trzymać się od tej sprawy z daleka.- ale milczała- Sylvia!
- Nie mogę Harry! Nie rozumiesz, że tu chodzi o czyjeś życie?
- O Twoje! Nie rób tego, daj działać innym.
- Przykro mi Harry, ale ja się nie poddam. Muszę walczyć.
- Obiecaj, że tym razem nic Ci się nie stanie. Obiecaj- czułem napływające łzy.
- Obiecuję Loczku- podeszła do mnie i mocno mnie przytuliła, a chwilę potem pocałowała jakby to był nasz ostatni pocałunek. Pocałunek obietnicy.
                                                                                                                                                                
CZYTASZ = KOMENTUJESZ :)